![]() |
2007-08-22XVIIBez Lyss, Tab i Kate nic by z tego nie było. Dziękuję :*szesnasty maja 1985 roku Wiał silny północny wiatr, zacinał deszcz. Było chłodno, ale przyjemnie. W powietrzu unosił się zapach mokrej gleby i piwa. Wschód słońca nad Sekwaną był czymś niesłychanie romantycznym, zwłaszcza na początku maja. Stare drzewa, których ciężkie gałęzie z niezliczonymi ilościami kwiatów nachylały się w stronę rzeki, cichy szum wody. Krwawa plama na bezchmurnym niebie, odbijająca się w mętnej wodzie, stopniowo zmieniała kolory na łagodniejsze odcienie, pozostawiając po sobie wyblakłe, różowo-pomarańczowe smugi niczym w barwnym batiku. Stojąc tu o tak wczesnej porze – pomiędzy zamknięciem większości knajp, a godziną, o której większość ludzi wychodziła do pracy – mogło się wydawać, że jest się jedynym człowiekiem na Ziemi. Prócz skrzeczenia ptaków, wokół panowała cisza. Odgłos tłuczonego szkła rozbrzmiał więc jak dzwon. Stojąca na nabrzeżu dziewczyna odwróciła się wyraźnie zaniepokojona. Mocniejszy podmuch wiatru rozwiał poły jej granatowego, wiosennego płaszcza. Mocniej wtuliła brodę w kaszmirowy szal, typowy dla studentek akademii sztuki, a dłonie wcisnęła w kieszenie, jedną zaciskając na puszce gazu łzawiącego, a drugą na swej różdżce. Nagły stukot toczących się pustych puszek po piwie, przeszywający okolicę krótki krzyk. W następnej chwili coś chlupnęło, jakby do zabrudzonej wody ktoś wrzucił kilkudziesięciokilogramowy pakunek. Przerażona, rozejrzała się po najbliższych mostach, ale nic się nie poruszyło. Woda w rzece płynęła swoim rytmem, mocniej kołysząc przycumowanymi do nabrzeża łódkami. Z drżących, pociągniętych czerwoną szminką ust wyrwał się stłumiony okrzyk. Już miała ruszyć biegiem z powrotem do domu, gdy zobaczyła go na moście po prawej. Stał tam jakby nigdy nic, lekko zgarbiony, w tej swojej białej koszuli, z czarną marynarką przewieszoną przez prawe ramię i w okularach przeciwsłonecznych, jakby było południe, paląc papierosa. Nawet nie siląc się już na zachowanie ostrożności, biegiem ruszyła w jego stronę. Z każdym krokiem podniecenie malało, ustępując miejsca strachowi. Coś niepokojącego było w jego – wyglądającej wcześniej na nonszalancką – zmęczonej postawie, przeraźliwie bladej, wręcz sinej twarzy. Podeszła wystarczająco blisko, by mógł wypuścić dym wprost w jej drobną twarz, jednak tego nie zrobił. Uniósł lekko podbródek i z łatwością wypuścił powietrze nad jej głowę. - Merlinie, tak się bałam - szepnęła, chcąc go objąć. Nie pozwolił na to; pospiesznie wrzucił resztę papierosa do rzeki i rozglądnąwszy się nerwowo, warknął: - Nie teraz. Mocnym szarpnięciem wziął ją za rękę, po czym – zupełnie nie zwracając uwagi na to, iż tempo jest zbyt szybkie jak dla niej – pociągnął w stronę labiryntu bocznych uliczek. Podczas tego dziwnego przemarszu, Glass wydawało się, jakby chodzili w kółko. Po chwili zdała sobie sprawę z tego, iż w życiu nie dałaby rady trafić stąd z powrotem na nabrzeże, a tym bardziej do swojego tymczasowego mieszkania, w którym notabene od dawna nie powinno być ani jednej jej rzeczy. Gdy jego uścisk odrobinę zelżał, zorientowała się, że są na Montmarcie. Jednak Reg ciągnął ją, nie zważając na jej próby zatrzymania się, według jakiegoś tylko sobie znanego klucza, tak, że przemykali uliczkami najbardziej paskudnymi i najbardziej opuszczonymi, co powodowało, że Glass miała niewyraźne wrażenie, jakby cały czas przed czymś uciekali. Nawet nie chciała pytać, co to mogło być. Oczywiście, w stu procentach ufała Regulusowi, ale... Co, jeśli z któregoś zaułka wyskoczy banda Śmierciożerców? Z różdżkami wycelowanymi w ich dwójkę? Nie zdążyłaby nawet sięgnąć do kieszeni, nie mówiąc już o jakiejkolwiek próbie obrony. A Reg? Gdyby go złapali, sama myśl, o tym, co mogliby mu zrobić, zmusiła Glass do szybszego przebierania nogami, na których miała nowe szpilki. Strach o ukochanego zmienił się w urazę i zaskoczenie, gdy puścił jej dłoń przed odrapanym budynkiem ze świecącym, neonowym szyldem "Motel u Josephine", w którym to napisie tylko połowa samogłosek jarzyła się ordynarną czerwienią. Szybko pojęła, iż stoi przed hotelikiem na godziny. Pokroju tych, które niejednokrotnie widziała w mugolskich, amerykańskich filmach o złych gangsterach, dobrych policjantach i ich sprytnych kochankach – przeważnie prostytutkach, które pod koniec filmu porzucają niechlubną profesję. Że też Reg okazał się takim niewyżytym prostakiem! Już miała się odezwać, oburzyć i sprzeciwić wejścia do środka, gdy zdecydowanym ruchem pociągnął ją w stronę drzwi z odłażącą zieloną farbą. Po chwili już byli w obskurnej recepcji, gdzie urzędowała cuchnąca tanią wódką matrona po czterdziestce – zapewne owa Josephine. Na głowie miała rude włosy z widocznymi brązowymi odrostami zaplecione w papiloty, na twarzy z trzema podbródkami grubą warstwę nieestetycznego makijażu, a ubrana była w przecudnej urody garsonkę koloru moreli. - Witam, witam. – Uśmiechnęła się paskudnie, rozchylając wymalowane różową szminką wargi i ukazując tym samym krzywe, żółte zęby, między którymi można było dostrzec fusy z kawy. - Czym mogę służyć? – zapytała, zdejmując odziane w czerwone szpilki stopy z biurka i podjeżdżając na obrotowym krześle kilka metrów w ich stronę. - Kluczem do pokoju – warknął mężczyzna, silnie obejmując dziewczynę ramieniem. Glass nie wiedziała, czy miało to jej dać poczucie bezpieczeństwa, czy też sprawić wrażenie, iż Reggie znalazł sobie panienkę na noc. Stara recepcjonistka ponownie się uśmiechnęła i wymruczawszy coś pod nosem w stronę półki z numerkami pokoi, położyła na blat mały kluczyk z dziesięciocentymetrowej długości kawałkiem drewna, na którym wyryto numer ich apartamentu – 245. - Dwadzieścia franków za godzinę – dodała, widząc, że Regulus chowa klucz do kieszeni płaszcza. Posłał jej zza ciemnych okularów pełne irytacji spojrzenie, po czym rzucił rolkę banknotów na stolik i odszedł w stronę schodów, ciągnąc za sobą dziewczynę. Będąc już na półpiętrze – recepcjonistka musiała w tym czasie z grubsza przeliczyć darowaną sumę – usłyszeli: - Bawcie się dobrze, gołąbeczki! *** Kilka dni temu, kiedy to Glass wróciła z papierową torbą pełną zdrowego jedzenia, nie podejrzewała, że sprawy znowu przybiorą taki obrót. Od pewnego czasu wszystko układało się idealnie. Nawet zaczęła zmywać naczynia i, co zabawne, wcale nie musiała się do tego specjalnie zmuszać. Po prostu dobrze się czuła, mając jego i święty spokój. Od pamiętnej wizyty Jean Pierra niepokoiła ich jedynie sąsiadka z naprzeciwka, skarżąc się na nieznośnie hałasy w środku nocy. Od czasu do czasu przylatywały sowy, czy to od rodziców Glass, z Prorokiem Codziennym, czy też od Leanne, która za wszelką cenę chciała się dowiedzieć, gdzie jej najlepsza przyjaciółka aktualnie przebywa i, co ważniejsze, dlaczego nie wraca i nie odpisuje na jej listy. Co prawda, gdy weszła, Regulus siedział nieco bardziej blady niż zwykle i gdy mieszał herbatę ręka mu drżała, ale każdemu zdarzały się gorsze dni, nawet jej super-mężczyźnie. Nie uznała za podejrzane tego, że nerwowo chodzi po mieszkaniu wte i wewte, ani tego, że jakimś cudem odnalazł skradziony jej na stacji amulet. Szkoda, że nie udało mu się odzyskać okularów przeciwsłonecznych – kosztowały majątek. Miarka się przebrała, gdy Glass leżąc w łóżku i czekając na niego, po prostu zasnęła. Kiedy następnego ranka bez słowa, z naburmuszoną miną weszła do kuchni i na niego spojrzała, zdziwiła się. Siedział zgarbiony we wczorajszym ubraniu nad pustą filiżanką, przy przepełnionej popielniczce, podbródek opierał na dłoniach. Wedle postanowienia sprzed kilku minut, miała się do niego nie odzywać, ale gdy go zobaczyła, puściła to w niepamięć. Już miała zapytać, co się dzieje, przykucnąć obok i pozwolić, by powierzył jej wszystkie swoje problemy, gdy spojrzał na nią, wyraźne zdenerwowany. Wyglądał, jakby w ogóle nie spał; oczy miał niemal czerwone, pod nimi wory niczym jakiś pijaczyna i już nawet nie próbował uśmiechać się ironicznie, gdy dostrzegł jej zafrasowanie. Ale dopiero gdy powiedział, że musi na jakiś czas udać się do Londynu, lodowaty palec dźgnął ją w okolice serca. - Że co?! – krzyknęła. - Ciszej, na litość boską. – Skrzywił się wyraźnie zirytowany. – Nie będzie mnie kilka dni, wszystko pod kontrolą, Vessy – zapewnił, delikatnie gładząc jej dłoń, z zamiarem uspokojenia. Czuła jego szorstkie palce na swojej skórze i wcale, a wcale nie sprawiało to, że czuła się lepiej. Cały jej idealny świat znowu przechodził kryzys. Reg znowu miał zamiar odstawić ją na półkę – jeszcze trochę, a będzie tam musiała płacić czynsz. I co z jego dłońmi? Zawsze były idealnie wypielęgnowane, gładkie; jeszcze wczoraj po południu, gdy byli w kinie... Co się z nim działo? Spojrzała na niego zdecydowanie niepewnie; bardzo jej się ten pomysł nie podobał. Do Londynu! Równie dobrze mógłby po prostu pojawić się w kominku Snape'a czy Croucha! Jak tylko aportuje się w okolicy, wieści rozejdą się szybciej, niż jakby je roznosiły pszczoły na amfetaminie. - Idę z tobą. - Wykluczone – wysyczał przez zaciśnięte szczęki. Przecież nie będzie go śledzić, zresztą przy jej zdolnościach i delikatności słonia w składzie porcelany, od razu by się zorientował. Chciała po prostu móc w razie czego spróbować jakoś obłaskawić Lucjusza, a nie siedzieć z założonymi rękami. Nie znosiła tej cholernej niepewności, tego, że nigdy jej o niczym nie mówił, a jak już mówił to po fakcie. - Czy to ma związek z tymi horcruxami? – zapytała, pilnie studiując jego twarz. Zero zmian, tylko w kącikach mocnych ust pojawił się ten ironiczny uśmieszek, tak charakterystyczny i właściwie nie schodzący z jego warg, że nie zaliczał się do obserwacji wartych odnotowania. - Nie. – Krótka piłka i po rozmowie. Puścił ją i sięgnął po paczkę papierosów leżącą na zagraconym stoliku. Następnego ranka już go nie było. Oczywiście nie raczył nawet zostawić krótkiego liściku, chociaż magnesów na lodówce było wystarczająco dużo, by przypiąć nimi wszystkie stronice Małej Historii Magii. Usiadła więc przy stoliku w kuchni z cholerną filiżanką mocnej kawy i czekała, aż jej odważny mężczyzna wróci z wyprawy. *** Sowy nigdy nie były zwierzętami, do których Glass czuła jakąkolwiek sympatię. Sama nigdy puchacza ani innej płomykówki mieć nie chciała; wystarczał jej terrorysta Kroal. Kiedy więc do jej okna w sypialni zaczął się dobijać wyrośnięty, brązowy ptak, w pierwszej chwili kojarzący się z tymi z Ministerstwa, miała ochotę posłać go do diabła. Po ostatnim, w którym to poinformowano ją, iż Holly została skazana na pocałunek Dementora, płakała trzy dni. Od tego czasu listy z Ministerstwa odbierał Regulus, a ponieważ go nie było, uznała za dopuszczalne, by sowy nie wpuszczać. Tak więc Glass stała przy oknie i zza szyby próbowała przegonić puchacza, gdy dostrzegła czarną, zrobioną z rzemyka obrączkę na jednej z nóg ptaszyska. Pospiesznie wpuściła go do środka, wyjmując z ust niedojedzone ciasteczko i wkładając je w dziób sowy, jednocześnie odbierając kopertę. List był krótki, treściwy i podejrzany. Właściwie, nie można było tego nazwać listem, prędzej notką. 16 maja o 5 rano na Henryka IV Bądź. R A.B. *** szesnasty maja 1985 roku Ich pokój znajdował się na drugim piętrze. Wewnątrz było dwuosobowe, przykryte narzutą w wyblakłe kwiaty łóżko, niewielki stolik z pękniętym i pozbawionym ramy lustrem oraz oliwkowy fotel z przetartym siedziskiem. Wedle podejrzeń Glass, wśród pościeli znajdowało się też całe stado pluskiew. Wzdrygnęła się. Jeśli jemu się wydawało, że ona pozwoli się w tej dziurze rozebrać, wielkie będzie jego zdumienie. Gdy weszło się głębiej, okazało się, iż zaraz obok łóżka znajdują się drzwi do równie obskurnej łazienki z cieknącym prysznicem. - Wytłumaczysz mi to? – zapytała, wyraźnie podkreślając ostatnie słowo i założyła ramiona na piersi. Była zła, widział to, ale tylko uśmiechnął się z politowaniem. - Oj, Vessy... - Pokręcił w rozbawieniu głową. - Choć raz nie traktuj mnie jak dziecka, Reg! Spojrzał na nią zdziwiony. A niby jak, na Merlina, miał ją inaczej traktować? - Więc? Co my tutaj robimy? Co stało się w Londynie? Dlaczego zniknąłeś bez słowa? Znowu! Jak ty mnie traktujesz?! – Wyliczała pytania na palcach, co raz jeden odchylając. - Już niedługo. - Niedługo?! - Ciszej, do cholery. Nie muszą cię wszyscy słyszeć - warknął i ze świstem wypuścił powietrze. - Amulet jest teraz bezpieczny. Pozostaje jedynie kwestia tego, że oficjalnie nie ma mnie wśród żywych, ale ten problem rozwiążemy później... – Położył dłonie na jej ramionach i spróbował rozluźnić. - Weź te ręce! Dość się naczekałam, pół godziny mnie nie zbawi. Jak to bezpieczny? Wcześniej nie był?! – krzyknęła oburzona. Najpierw podrzuca jej tego bubla przez przekupionego niemal-kloszarda, a teraz ma czelność wyrzucać, że u niej nie był bezpieczny! - Twoją torbę byle mugol ukradłby bez większego wysiłku, zresztą, sama się o tym przekonałaś – westchnął zirytowany i wywrócił oczami. - To nie był mugol to po pierwsze! A po drugie... Skąd ja mogłam wiedzieć?! - Nieważne już, no, chodź. – Objął ją. Spotulniała, co zapowiadało koniec rozmowy. - Nie, nie. A to? Po co tu jesteśmy? Gorszej nory nie było? Roześmiał się i usiadł na łóżku, które zaskrzypiało złośliwie. Po chwili spoważniał. - Bo to się skończy dopiero niedługo, skarbie. ■ skomentuj ■ (31) ■ |