broken-glass blog

Twój nowy blog

Przeniesiono TUTAJ, bo blogpeel leci ostro w kuleczki.

Buziaczki,
Penny

XIX

21 komentarzy

Dziękujemy Sylv za betę! :)


Dwudziesty siódmy grudnia 1979 roku

Trzecia czekolada bezsenności znikała właśnie w ustach
siedzącej na parapecie Glass. Przykleiła kształtny nosek do zimnej szyby i
zmarszczyła jasne, wyregulowane brwi, próbując zrobić nieeleganckiego i
nieprzystającego damie zeza. Był mroźny poniedziałkowy świt, niedługo będzie
musiała wyjść do pracy, a Regulus jeszcze nie wrócił. Drażniły ją to, że coraz
częściej wychodził i coraz później zjawiał się z powrotem. Zmierzwiła grzywkę i zerknęła na niezbyt wygodne
łóżko, na którym znajdowały się fałdy bardzo drogiej pościeli oraz cała masa
poduszek i poduszeczek. Na rzeczonych poduszeczkach spał gruby rudy kot,
całkiem milusiński i uroczy – przypałętał się kilka wieczorów temu, chcąc ją
przekonać swym żałosnym miauczeniem do udzielenia mu noclegu w mroźną noc. I
tak już sobie został na trochę, mimo protestów ze strony Regulusa, który co
rano wydobywał  z siebie soczyste
przekleństwo, zaraz po tym, jak niechcący potrącał miskę z mlekiem, co zmuszało
go do zmiany spodni tudzież butów – w zależności od tego, pod jakim kątem wspomniany
płyn go ubrudził. Ziewnęła przeciągle i kolejny raz w ciągu tej godziny
spojrzała na zegarek. Nie spała całą noc, ale i tak nie była w stanie zmrużyć oka,
choćby na te dwie godziny. Ciążąca w żołądku gula, niczym chłonąca wodę
owsianka, coraz bardziej zwiększała swoje rozmiary i masę. Spotkania z Wilkesem
spotkaniami z Wilkesem, ale nigdy nie przeciągały się do godzin porannych. Bo
przecież ileż może rozmawiać facet z facetem?! Owinięta w szary koc siedziała
na parapecie i zawzięcie wpatrywała się to w leniwe wskazówki zegara, to w
spadające płatki śniegu za oknem. Zapatrzyła się na moment i po chwili
spostrzegła dziwną, przeraźliwie pomarszczoną i bladą kobietę, do złudzenia
przypominającą goblina. Glass dałaby sobie rękę uciąć, że tak jak gobliny ma
ten wredny błysk w oczach. Sąsiadka z naprzeciwka siedziała w oknie swojej kamieniczki
i z niezłomną natarczywością wpatrywała się w Glass, jakby tylko czekała na to,
by móc przyłapać pannę MacGregor na popełnianiu jakiegoś okrutnego
przestępstwa. Glass fuknęła pod nosem i odeszła od okna, rzucając w nie małą
niebieską poduszką wziętą z łóżka. Miała teraz na głowie większe zmartwienia
niż kolejna wścibska baba za oknem. Rozejrzała się po tym zagraconym mieszkaniu
i zrezygnowana usiadła w fotelu, podkurczając nogi. Będzie musiała przekonać
Regulusa, by zamontowali kominek. Bez podłączenia do sieci Fiuu była skazana na
wieczne oczekiwanie na swego super-mężczyznę, bez choćby cienia informacji, o
której rzeczony raczy się zjawić w domu. Poza tym, zawsze to milej, gdy w
środku srogiej zimy można sobie posiedzieć w tak romantycznym wnętrzu. Mogłaby
wtedy, za pomocą szybkiego Fiuknięcia do ulubionego baru Blacka, dowiedzieć
się, o której jej ukochany ma zamiar wrócić i do tego czasu, spokojnie zaczytywać
się romansami z czasów Beatriks Bloxam. Kot mruczałby zadowolony na jej kolanach,
a ogień trzaskałby wesoło w kominku. Nastrojona tą perspektywą, już miała
sięgać po leżącą na stoliku książkę, gdy rozległ się trzask zaklęcia
zdejmującego blokadę z drzwi, a zaraz po nim zgrzyt zamka. Oto do środka
chwiejnym krokiem wszedł Regulus Black. Ciemnozielony wełniany płaszcz miał
nonszalancko rozpięty – na zewnątrz było bagatela dziesięć stopi poniżej zera -
biała koszula wystawała niechlujnie z eleganckich spodni, a w lewej dłoni
trzymał pogniecioną paczkę papierosów.


Zauważył ją, ale nie drgnął.


­­- Ty, ty zgniły gumochłonie! Ja tu zasnąć nie mogę, bo się
o ciebie martwię, a ty sobie przychodzisz, ot tak, kompletnie pijany! – W mgnieniu
oka doskoczyła do niego, by wykrzyczeć mu wszystko w twarz. – Gdyby twoja matka
się o tym dowiedziała…! – Przerwała, bo zdała sobie sprawę z tego, że wcale nie
jest pijany – przynajmniej jego oddech na to nie wskazywał.


- Gdzieś ty był?


Nie odpowiedział. Minął ją bez słowa i wszedł do łazienki.
Odkręcił kurek, po czym włożył głowę pod strumień zimnej wody. Wcale nie poczuł
się dzięki temu lepiej. Przetarł twarz bladymi dłońmi i spojrzał w małe lustro
wiszące nad umywalką, mocno zaciskając ręce na jej brzegu. Pojedynkował się z
własnym odbiciem, a Glass zastanawiała się kto kogo pierwszy zabije wzrokiem –
Black swoje odbicie, czy odwrotnie. Obserwowała tę scenę z niepokojem.


- Reg? – Podeszła bliżej, stanęła za nim i spojrzała w lustro.
Wtedy pierwszy raz widziała w jego oczach strach.


- Co się stało? – wyszeptała tak łagodnie, jak tylko
potrafiła. Nie odpowiedział. Mocno przywarła do jego pleców, tak naprawdę nie
chcąc usłyszeć tego, czego się spodziewała. – Regulus, co zrobiłeś?


Gwałtownym ruchem zrzucił lustro ze ściany i mocno zacisnął
dłonie na jej ramionach. Jeszcze mocniej. Wzrok miał nieugięty, a blade usta
zaciśnięte:


- Nic.


***

Czternasty maja 1978 roku

Glass nigdy nie przepadała za Bellatriks. Od pierwszego
dnia, gdy ją poznała, Bella przy każdym spotkaniu coraz bardziej ją drażniła,
dziwiła i z czasem zaczęła przerażać. W szczególności do szału doprowadzał ją
śmiech Bellatriks. Ironiczny, nieprzystojący kobiecie, skrzeczący, jakby drwiła
z całego świata, choć śmiała się ze zwykłego dowcipu. Mroził krew w żyłach.
Czasem śnił się jej, wtedy zawsze po gwałtownym przebudzeniu musiała zjeść czekoladkę,
by się uspokoić. Przeważnie nie wystarczała jedna.


Glass poznała Bellę na przyjęciu zaręczynowym, które odbyło
się w ogrodzie, na tyłach rezydencji Lestrange’ów.


Ogród w stylu angielskim, skąpany był w wieczornych
promieniach słońca. Wysokie cisy otaczały kręgiem dwa pięknie, srebrno
przystrojone stoły, które uginały się pod dostatkiem najznakomitszych przysmaków
i alkoholi. Wiał lekki, ciepły wiatr, który potrząsał koronami drzew i
sprawiał, że wyczuwało się słodką woń kwiatów, dla której idealnym tłem była
cicha muzyka klasyczna, sącząca się z zaczarowanych głośników. Pod nogami gości
krzątało się z dziesięć skrzatów, które co chwila jakiś gość obrzucał
wyzwiskami. Zaproszona była tylko rodzina. Tylko lub aż.


Glass nie rozumiała, co Rudolf widział w Belli. On – taki
uroczy, przystojny z tymi swoimi nienagannymi manierami i łagodnymi
spojrzeniami, rzucanymi spod długich rzęs okalających brązowe oczy. Taki
elegancki, w szytej na miarę jedwabnej, szarej szacie. Taki uśmiechnięty.
Promieniał. Co chwila zabawiał jakąś ciotkę, dowcipkował z wujkami lub pił
kolejny kieliszek Ognistej za zdrowie swej przyszłej małżonki. Sprawiał bardzo
pozytywne wrażenie, tak jej się wtedy wydawało. A Bellatriks? Glass, patrząc na
jej powieki cynicznie opadające na ciemne oczy, drapieżnie zarysowane ciemne
brwi, pełen agresji zadarty nos, miała ochotę uciekać za każdym razem, gdy ją
widziała. Przyszła panna młoda ubrana w ciężką bakłażanową suknię, żałobną
wręcz, kokietowała wujków i kuzynów, rubasznie się śmiała i była bardzo
hałaśliwa. Na pierwszy rzut oka nie byli najlepiej dobraną parą pod słońcem.


Glass i Reg siedzieli właśnie na ławeczce przy fontannie i
szeptem żartowali na temat niesamowitej konstrukcji sukni ciotki Regulusa,
Druelli, kiedy Bella ich dojrzała. Podeszła cała rozpromieniona, sprawiająca
wrażenie oszołomionej sytuacją. Wstali, a Black, uśmiechając się szarmancko,
rozłożył ramiona, by objąć przyszłą pannę młodą:


- Regulus! Mój najdroższy kuzyn! – wykrzyknęła euforycznie i
cmoknęła go w policzek, pozostawiając na nim czerwony ślad po szmince.


- Twój
jedyny kuzyn – rzucił Reg, jednak szybko posłał jej jeden ze swych zawsze-działających-cuda uśmiechów. -
Piękna jak zwykle, Bellatriks. Rudolf jest prawdziwym szczęściarzem – wyszeptał
jej do ucha, z którego zwisał długi brylantowy kolczyk. Zachichotała irytująco.


 – Wybacz, że dopiero
teraz, ale sam rozumiesz… – Mrugnęła do niego zawadiacko, wymachując dłońmi i
spojrzała z zainteresowaniem na Glass, po czym przeniosła swe spojrzenie z
powrotem na młodego Blacka. – Czyżby to była ta nasza szkocka księżniczka, Glavessy?
– zaśmiała się w ten swój charakterystyczny, rubaszno-ironiczny sposób. W
odpowiedzi Glass tylko uśmiechnęła się machinalnie, tak przyjacielsko jak tylko
potrafiła.  – Wiele o tobie słyszałam,
moja droga i mam nadzieję, że staniemy się sobie bardzo bliskie – to mówiąc,
objęła Glass niezwykle teatralnie, niczym najlepszą przyjaciółkę, nie
dopuściwszy nikogo do słowa.


- Z pewnością, Bellatriks. Przy okazji, serdecznie gratuluję
wyboru tak zacnego kandydata na męża. Idealna inwestycja w przyszłość. – Panna
jeszcze Black na szczęście zrozumiała
żart i rozległ się ten ostry, nieludzki śmiech. Glass bardzo się starała. Co
prawda Reg uprzedzał ją, iż Bella jest bardzo bezpośrednia i nie należy się
zbytnio przejmować etykietą w jej towarzystwie, ale cała presja związana z tym,
że zmuszono ją tak prędko do poznania krewnych Regulusa robiła swoje.


- Dziękuję moja droga, ale to raczej ja tobie powinnam
gratulować! Niejedna byłaby w stanie spędzić wieczór z cruciatusami w zamian za
młodego Blacka! – Puściła jej pawie oko i zachichotała przeraźliwie. Żołądek
Glass zrobił fikołka. Rzeczywiście, wiele panien miało chrapkę na jedynego
spadkobiercę Blacków i to nie tylko ze względu na majątek, gwarantowaną pozycję
społeczną, czy nazwisko. Krążyły plotki o tym, że panna Parkinson knuje intrygi
w celu zdobycia serca młodego Blacka. Też coś, żeby to dama zalecała się do
kawalera. Poza tym, Glass nie wierzyła w plotki. Wierzyła w Regulusa.


– Poznałaś już Cyzię? – zapytała Bella, szukając wzrokiem
siostry. Vessy zaprzeczyła, dodając, że wręcz nie może się doczekać tego
spotkania, ze względu na rzekomą przyjaźń z czasów szkolnych pani Malfoy z jej
siostrą, Holly – co Belletriks od razu wykorzystała.


- Och, więc koniecznie musisz poznać Narcyzę! Koniecznie –
dodała z mocą i zaczęła machać do blondynki, przechodzącej właśnie koło stolika
z szampanem. – Cyziu! Tutaj!


Podczas tych kilku miesięcy znajomości z Regulusem, Glass
zdążyła bardzo dużo nasłuchać się na temat jego rodziny, a z tych opowieści
wyłaniał się obraz pani Malfoy jako kobiety bardzo dumnej, wyniosłej,
niedostępnej, acz niezwykle urodziwej. Wbrew temu, czego Glass się spodziewała,
Narcyza od razu przypadła jej do gustu – była zupełnym przeciwieństwem Belli.
To, co uznawano za wyniosłość i niedostępność było po prostu skrępowaniem i
brakiem łatwości rozmowy z osobami nowo poznanymi. Cyzia była kobietą o
łagodnym głosie i zdawkowym uśmiechu. Uwagę od razu przykuwały jej piękne,
lśniące, nienaturalnie jasne włosy, które na ten wieczór upięła w luźny kok. Po
krótkiej wymianie uprzejmości, Bella bezceremonialnie wzięła Regulusa pod ramię
i oznajmiła:


- To wy tu sobie poplotkujcie, a ja na chwilę porywam mojego
ulubionego kuzyna. ­­­­­­­­- Po czym pociągnęła go w stronę domu. Glass
odprowadziła parę wzrokiem – jasna lniana szata Blacka kontrastowała ze strojem
Belli. Przy drzwiach czekał na nich Wilkes, który pojawił się na przyjęciu nie
wiadomo skąd. Gdy tylko zniknęli w środku, Narcyza uśmiechnęła się
przepraszająco i podała Glass kieliszek szampana:


- Przywykniesz – powiedziała. Zatrzymała zamyślony wzrok na
drzwiach, za którymi zniknęli jej siostra i kuzyn, ale po chwili rozpromieniła
się niczym najlepsza aktorka i zmieniła temat, dopytując o przygotowania do
egzaminów.
 


 


XVIII

5 komentarzy

Z racji tego, że koniec semestru bliski i razem z nim sesja, po pięciu latach wzięłam się za odgrzewanie tego kotleta. Smacznego :)

 

Nie było żadną tajemnicą, że Glass od zawsze nie lubiła
Paryża. Na nic te wszystkie urokliwe kamienice, mosty, ogród Luksemburski,
Cite, maślane croissanty, kaszmirowe berety i możliwość chodzenia w szpilkach
dosłownie wszędzie. Stolica Francji była dla niej zawsze miejscem „na
przeczekanie”. Przeczekanie rozpaczy po śmierci Regulusa, przeczekanie wojny,
przeczekanie po zamieszaniu z adopcją Mandy. Zatracała się wtedy w tym przeczekiwaniu
i tak tkwiła, robiąc to, czego z pewnością nie robiłaby będąc w Londynie.
Stawała się tą drugą Glass, tą, której nie lubiła. Bo ta druga Glass nie
potrafiła działać. Ale kochała Rega i bezwzględnie mu ufała. A Regulus
postanowił, że zostaną we Francji, dopóki wszystko się nie wyjaśni. Kiedy się
wyjaśni? Tego rzecz jasna nie określił, więc Glass czekała.

Wprawdzie znikał co jakiś czas, zazwyczaj na kilka dni, ale
zawsze wracał, czasami bardzo zdenerwowany i przemęczony. Nigdy nie uprzedzał
jej, że znika, do czego Glass z czasem przywykła. Regulus postanowił, że ma
przywyknąć.

Kilka tygodni upłynęło nadzwyczaj spokojnie. Przypomniało to
sielankę, która była im dana po zakończeniu szkoły w tym małym mieszkaniu na
Whims Street. Nic, zupełnie nic nie pozwalało Glass wierzyć w to, że „to się
skończy dopiero niedługo”, jak to Regulus ujął podczas wizyty w pamiętnym
motelu u Josephine . No może poza tym, że nadal tkwili w Paryżu zamiast w
Londynie.

Wracała właśnie z uczelni, na której rozprawiała naukowo nad
powieściami francuskimi, ot tak w ramach kaprysu. Uśmiechała się sama do
siebie, pomimo mżawki i chłodnego, przeszywającego wiatru. Mocniej opatuliła
się płaszczem i wcisnęła dłonie w kieszenie. Czuła, że ma zupełnie lodowaty
nos. Nawet nie zatrzymała się przed drzwiami kamienicy, żeby przepuścić
wychodzącą sąsiadkę, tylko szybko wbiegła po schodach i otworzyła drzwi do
mieszkania na pierwszym piętrze. Słodki zapach wanilii od razu sprawił, że się
rozluźniła.

Wróciłam! – krzyknęła, zdejmując czerwone szpilki
z przemarzniętych stóp. Matka zawsze powtarzała „piękno wymaga poświęceń”, więc
Glass z uporem się poświęcała. Rzuciła okiem na zaczerwienione palce i
zmarszczyła swój kształtny nos.

Czytam. – Jego spokojny głos dochodził z salonu.

Istotnie, Regulus siedział na sofie nad jakąś książką i nawet
nie raczył zaszczycić jej spojrzeniem, gdy weszła tam cała przemarznięta. W
pokoju panował półmrok, tylko stojąca obok Blacka wysoka lampa rzucała światło
na pomieszczenie. Usiadła obok, wsuwając stopy pod jego uda i westchnęła.

Zrobić ci herbatę? – zapytała, mierzwiąc mu
włosy.


Chętnie – odpowiedział. Glass jednak nie wstała,
była tak zmęczona po całym dniu spędzonym poza domem, że miała wrażenie, że
wszystko dookoła dzieje się w zwolnionym tempie. Po dłuższej chwili, która
Glass wydawała się wiecznością, Regulus wstał, odłożył książkę na stolik i
uśmiechnął się do niej. – Właściwie to sam zrobię. Jak tam analizowanie
romansideł? – rzucił ironicznie, będąc już w kuchni. Zadziałało to na nią jak
pstryknięcie palcami na osobę zahipnotyzowaną, w momencie się ocknęła i
zmrużyła oczy pod wpływem tej jawnej zniewagi.


Mógłbyś rozwinąć swoje poczucie humoru, doprawdy
ten poziom jest nużący – odpowiedziała, starając się, by jej głos był jak
najbardziej lekceważący. – Ale wiesz, Travis ma wpaść na chwilę, podobno bardzo
go zainteresowali „Nędznicy”, więc postanowiłam pożyczyć mu mój tom. Powinien
być niedługo, więc zrób więcej herbaty…

Regulus nie skomentował. Nie przyniósł też herbaty.
Przyszedł, kucnął naprzeciwko niej i poważnie spojrzał jej w oczy. To było
jedno z tych spojrzeń, które sprawiały, że Glass miała wrażenie, że coś zrobiła
bardzo nie tak; i po których zawsze pojawiał się jego bardzo poważny i bardzo
zniecierpliwiony ton głosu.


Co ty wygadujesz? – zapytał z napięciem. –
Przecież mówiłem ci, że… – urwał, bo rozległo się pukanie do drzwi.

 Regulus znieruchomiał,
a Glass już wstawała, żeby wbrew konspiracyjnemu zachowaniu Blacka iść
otworzyć, gdy ten mocno złapał ją za rękę i przytrzymał w miejscu.
Ostentacyjnie położył palec na ustach, by była cicho. Dziewczyna zmarszczyła
brwi, wywróciła oczami i oburzyła się:

- To nie jest żaden twój kolega śmierciojad, zapewniam… -
wycedziła przez zęby, czując, że lada chwila nie wytrzyma i wygarnie mu, jak
bardzo ma już dość jego obsesji.

- Wycisz ten pokój – przerwał jej nie znoszącym sprzeciwu
szeptem. Glass ponownie wywróciła oczami i już miała rzucić kolejną
pseudoironiczną uwagę, ale wyczuł to i dodał:

- Rób, co mówię, do cholery!
- Po kiego…? I nie rozkazuj mi!
Nic nie powiedział, tylko rzucił jej rozwścieczone spojrzenie. Było coś
dziwnego w tym jego ataku czujności. Coraz mocniej zaciskał dłoń na jej
nadgarstku. Popatrzyła na niego spode łba, ale nic nie powiedziała, co Regulus
uznał za zgodę. Rzuciła zaklęcie i skinęła głową, na znak, iż wykonała jego
prośbę i może ją wreszcie puścić.
- Glavessy, jesteś tam? – odezwał się ponownie głos zza drzwi, któremu
towarzyszyło uporczywe pukanie.

Dziewczyna posłała Blackowi pytające spojrzenie, ten wstał,
zrobił trzy kroki w stronę drzwi i gestem ręki rozkazał jej wyjście z pokoju.
Glass, wyraźnie zirytowana, już miała zaprotestować, gdy trafił w nią czerwony
promień pochodzący z różdżki Regulusa i osunęła się na sofę. Schylił się,
podniósł ją delikatnie i szybko przeniósł do sypialni, gdzie położył na łóżku.
Na wszelki wypadek wychodząc, zabezpieczył drzwi zaklęciem.

- Już otwieram! – krzyknął, będąc w pół drogi do wejścia i
wymusił na sobie przyjacielski uśmiech. Wiedział, że prędzej czy później Travis
trafi do Glass w poszukiwaniu medalionu, pieprzony zdrajca, nie spodziewał się
jednak, że zrobi to tak przebiegle i szybko. Nacisnął klamkę i jego oczom
ukazał się postawny szatyn ubrany w typowe, mugolskie ciuchy.

- Dobry wieczór – przywitał się Black, stojąc w progu i
opierając się nonszalancko o framugę. – W czym mogę pomóc?

- Dobry wieczór – odparł wyraźnie zdziwiony i zmieszany
mężczyzna, przyglądając się Regulusowi. – Szukam Glass, umówiliśmy się, że
wpadnę i… – zawiesił głos. – Jest w domu?

Chwilę mierzyli się spojrzeniami. Travis wyglądał na zbitego
z tropu, ale nie tracił fasonu. Black oszacował z rozbawieniem, że jego były
przyjaciel przyszedł do Glass uzbrojony. Co za tchórz, obawiać się Vessy? Nawet
posiadająca różdżkę w dłoni nie stanowiłaby dla wprawnego śmierciożercy, jakim
niewątpliwie był Colborn, zagrożenia. Ponownie się uśmiechnął.

- Niestety nie. Wyszła do jakiejś koleżanki, wie pan…
kobiety… – zaśmiał się, choć w środku się w nim gotowało. Na samą myśl, że ta
gnida mogła ją skrzywdzić miał ochotę z miejsca potraktować go Avadą. Musiał
nad sobą panować. Travis także się zaśmiał, co ucieszyło Regulusa. – Może pan
wejdzie i poczeka na nią, powinna niedługo wrócić.

Otworzył szerzej drzwi i wpuścił gościa do środka.

- Nie wiedziałem, że Glass ma współlokatora… Pan jest jej…?
- zagadnął szatyn i rozejrzał się dokładnie po pomieszczeniu. W oczy od razu
rzucała się pokaźna biblioteczka na wprost drzwi. Potknął się o rozrzucone na
podłodze szpilki.

- Współlokatorem – odpowiedział zgrabnie Reg. – Darujmy sobie
to „pan”. Michael – Regulus wyciągnął rękę do starego znajomego i
uśmiechnął się prawie przyjacielsko.

- Travis.

- Bardzo mi miło, może drinka? –
Regulus zaprosił go do salonu. Na jego twarzy pojawił się nieprzyjemny uśmiech.

***

Niespełna dwie godziny później Travis klęczał na puszystym,
beżowym dywanie i dygotał. Na jego twarzy malowało się skrajne przerażenie, a w
oczach widoczna była panika.

- Nnaprawdę nic… nic o tym nie wiem – wybełkotał, starając
się opanować drżenie rąk. Mężczyzna stojący nad nim ze zrozumieniem pokiwał
głową. Na stoliku obok leżała złamana na pół różdżka Travisa. Sięgnął dłonią do
kieszeni spodni i wyciągnął swoją. Przez chwilę ważył ją w dłoni, jakby nie
mógł się zdecydować, w jaki sposób ją trzymać. Przyjrzał się jej z żywym
zainteresowaniem i uśmiechnął szelmowsko.

- Oboje wiemy, czego się nauczyliśmy na pewnych…
szkoleniach, więc po co się bawić w te ceregiele? – Black westchnął znudzony i
ponownie wyjął z kieszeni złoty medalion. Schylił się i pomachał nim przed oczami
Colborna. – Nadal nie wiesz, jakim cudem ten wisior znalazł się w twoim
mieszkaniu?

Travis podkulił nogi i ponownie zaprzeczył, by posiadał
jakiekolwiek istotne dla Regulusa informacje. W tym czasie jego mózg prawie
parował od prób skojarzenia tego faceta i zrozumienia, co tu się właściwie
dzieje i w co się wkopał, na próżno. Młody Colborn nie miał pojęcia, skąd ten
facet wie o horcruxie i za cholerę nie mógł go sobie przypomnieć ze zgromadzeń
Śmierciożerców, a przecież jednoznacznie daje mu właśnie do zrozumienia, że w
nich uczestniczył. To wszystko nie miało sensu. I co on w ogóle robił w
mieszkaniu tej MacGregor? To miała być prosta sprawa, wszyscy wiedzieli, że bez
Blacka Glavessy jest łatwym celem.

- Zmuszasz mnie do tego, no ale dobrze… – Regulus przerwał
ciszę głosem wypranym z emocji. – Crucio! – krzyknął, a Travis zaczął się
spazmatycznie wić po ubrudzonym posoką dywanie, usilnie próbując nie
wrzeszczeć. Cwaniak, wiedział, że to pogarsza sytuację. Wszyscy, mający
kiedykolwiek kontakt z Czarnym Panem, wiedzieli. Reg uśmiechnął się obrzydliwie
i ponownie rzucił klątwę, tym razem z ust Travisa wydobył się potężny krzyk, na
który Black skrzywił się z odrazą – miał bardzo wrażliwe uszy. Przyglądał się
chwilę skomlącemu niczym pies Colbornowi i usiadł na ławie naprzeciw niego.

- To jak, pamięć wróciła? – zapytał, lecz nie doczekał się
odpowiedzi. Zniecierpliwiony założył nogę na nogę i pochylił się nad Travisem -
Widzisz… trzy rzeczy mają dla mnie większe znaczenie niż wszystkie inne.
Wiesz, o co mi chodzi? – Colborn spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem i
pokręcił głową.

- Mam na myśli przyjaźń, lojalność i miłość, dupku.

- Nnie wiem, o czym mówisz – wyjęczał Colborn.

- Ależ oczywiście, że nie wiesz i o to mi właśnie chodzi -
odpowiedział Black, zadowolony jak gdyby mozolna nauka dziecka tabliczki
mnożenia właśnie odniosła skutek. Colborn już miał coś powiedzieć, gdy się
zakrztusił, bo Regulus z rozmachem kopnął go w brzuch.

- Travis, dobrze ci radzę, nie wkurzaj mnie. Nie jestem
dzisiaj w nastroju – powiedział. – W dodatku przerwałeś mi interesującą
lekturę, to było niegrzeczne.

Colborn mierzył go chwilę ostrym spojrzeniem, analizował,
porównywał, w końcu skrzyżował spojrzenie ze wzrokiem swego oprawcy. Nie
dowierzał, ale ciemne oczy z uporem świdrowały go rozwścieczonym wzrokiem.

- Black… – wyszeptał w końcu z niedowierzaniem i, o ile to
możliwe, wydawał się w tym momencie jeszcze bardziej przerażony.

- Tak, brrrrawo! Trzydzieści punktów dla Slytherinu! -
machnął butelką whisky w powietrzu, po czym przyjrzał się jej uważnie. – To
teraz porozmawiamy, skoro już przypomniałeś sobie o starym przyjacielu? O
naszym pakcie? To były czasy, co?

Regulus zaśmiał się, ale ten śmiech Regulusa był zły. Tak jak
jego wzrok.

- Reg, przecież ty… powiedzieli, że… przecież to… to
niemożliwe! – jęknął, osłaniając głowę przed ewentualnym uderzeniem. Twarz
Blacka nagle stężała i spojrzał na niego z przerażającą obojętnością wypisaną
na twarzy. Potarł powieki i ścisnął kąciki oczu, a potem skronie. Pewnie znowu
dostanie jakiejś cholernej migreny. Podniósł zmęczony wzrok na Travisa i
westchnął.

- Co ja? Co jest niemożliwe? A nawet gdyby, gdybym nie żył,
to jest to powód do ataków na moją kobietę? – zapytał, uzmysławiając sobie, że
może się całkiem dobrze bawić. – Może jeszcze whisky? – dodał po namyśle i
roześmiał się na widok miny swej ofiary. Mężczyzna miał złamany nos, z którego
sączyła się struga krwi, pokaleczone policzki, spuchnięte oczy, nieustannie
pluł posoką i nie przypominał tego przystojnego faceta, który dwie godziny temu
pewnym krokiem wszedł do mieszkania Glass.

- Prrroszę cię… Ja nic nie wiem.

- Nie wmówisz mi, że podejrzewaliście Glass o ten numer.
Dlaczego więc ją szpiegowałeś? – Regulus chodził wokół leżącego na dywanie
Travisa z dłońmi splecionymi za głową i gwizdał.

- Reg, ja nic nie wiem, przecież sam wiesz…! Ja bym
jej nigdy nic…!

- Och, nie bawmy się w te gierki. Masz mnie za kretyna?! I
niby nagle pokochałeś literaturę? Do tego w Paryżu, daruj sobie. Wszyscy w
Slytherinie wiedzieli, iż francuski u Ciebie kulał nawet w kwestii łóżkowej -
zadrwił Black i podszedł do okna. – Gadaj, bo inaczej przestanę być uprzejmy -
szepnął.

- Ale ja naprawdę nic nie wiem… Miałem tylko się do niej
zbliżyć. Nie miałem wyjścia…

- Zbliżyć? – parsknął. – A przy okazji napaść na nią i
obrabować, jak wychodziła z metra? Kto cię informował, gnido? – Przydepnął dłoń
Travisa i wbił w niego wyczekujące spojrzenie.

- Nie wiem o czym mówisz – wysyczał Colborn.

- Daruj sobie, bo się zdenerwuję. Naprawdę tego chcesz?

Travis nie zareagował. Zagryzł wargi i wpatrywał się w
stojący naprzeciwko fotel. Reggie przewrócił oczami i ponownie wyjął różdżkę.

- Więc jak będzie? Powiesz mi czy mam być nieprzyjemny? Kto
jeszcze o TYM wie?

- Nie mogę ci nic więcej powiedzieć, bo sam nic więcej nie
wiem – wyrzucił z siebie szybko te słowa i przyciągnął kolana do brzucha.

- Sprawiasz mi ogromną przykrość, Colborn.

- Zabij mnie, Reg – wycharczał Travis. – Przyjaźniliśśmy
się… pamiętasz? Oni i tak to teraz zrobią.

- Za kogo Ty mnie masz, do diabła?! – wrzasnął Black. – Nie
jestem pieprzonym mordercą! Ani twoim przyjacielem, więc daruj sobie łzawe
przemowy! – krzyknął. Ty moim też nie byłeś, pomyślał. Rzucił różdżkę na ławę,
tym razem wściekle kopiąc w stojącą nieopodal szafkę, na której stał wazon.
Rzeczony w jednej chwili zachybotał się i spadł na parkiet, rozbijając się na
drobne kawałeczki.

- No pięknie! Teraz to Glass się wścieknie – warknął do
siebie. – Sam się zabij – dodał wyzywająco w stronę dawnego przyjaciela,
przysiadając z powrotem na ławie. Nie minęła minuta, a Travis trząsł się na
dywanie, a z ust wydobywała mu się gęsta biała piana.

- No to pięknie. 

Usiadł i dopił resztę whisky, którą
nalał sobie, częstując Travisa. Oparł głowę na dłoniach i westchnął. Teraz
będzie musiał tu posprzątać. I, co gorsza, wytłumaczyć to jakoś Vessy.

 

 

XVII

31 komentarzy

Bez Lyss, Tab i Kate nic by z tego nie było. Dziękuję :*
szesnasty maja 1985 roku
Wiał silny północny wiatr, zacinał deszcz. Było chłodno, ale przyjemnie. W powietrzu unosił się zapach mokrej gleby i piwa. Wschód słońca nad Sekwaną był czymś niesłychanie romantycznym, zwłaszcza na początku maja. Stare drzewa, których ciężkie gałęzie z niezliczonymi ilościami kwiatów nachylały się w stronę rzeki, cichy szum wody. Krwawa plama na bezchmurnym niebie, odbijająca się w mętnej wodzie, stopniowo zmieniała kolory na łagodniejsze odcienie, pozostawiając po sobie wyblakłe, różowo-pomarańczowe smugi niczym w barwnym batiku. Stojąc tu o tak wczesnej porze – pomiędzy zamknięciem większości knajp, a godziną, o której większość ludzi wychodziła do pracy – mogło się wydawać, że jest się jedynym człowiekiem na Ziemi.
Prócz skrzeczenia ptaków, wokół panowała cisza. Odgłos tłuczonego szkła rozbrzmiał więc jak dzwon. Stojąca na nabrzeżu dziewczyna odwróciła się wyraźnie zaniepokojona. Mocniejszy podmuch wiatru rozwiał poły jej granatowego, wiosennego płaszcza. Wtuliła brodę w kaszmirowy szal, typowy dla studentek akademii sztuki, a dłonie wcisnęła w kieszenie, jedną zaciskając na puszce gazu łzawiącego, a drugą na swej różdżce.
Nagły stukot toczących się pustych puszek po piwie, przeszywający okolicę krótki krzyk. W następnej chwili coś chlupnęło, jakby do zabrudzonej wody ktoś wrzucił kilkudziesięciokilogramowy pakunek. Przerażona, rozejrzała się po najbliższych mostach, ale nic się nie poruszyło. Woda w rzece płynęła swoim rytmem, mocniej kołysząc przycumowanymi do nabrzeża łódkami. Z drżących, pociągniętych czerwoną szminką ust wyrwał się stłumiony okrzyk. Już miała ruszyć biegiem z powrotem do domu, gdy zobaczyła go na moście po prawej. Stał tam jakby nigdy nic, lekko zgarbiony, w tej swojej białej koszuli, z czarną marynarką przewieszoną przez prawe ramię i w okularach przeciwsłonecznych, jakby było południe, paląc papierosa. Nawet nie siląc się już na zachowanie ostrożności, biegiem ruszyła w jego stronę. Z każdym krokiem podniecenie malało, ustępując miejsca strachowi. Coś niepokojącego było w jego – wyglądającej wcześniej na nonszalancką – zmęczonej postawie, przeraźliwie bladej, wręcz sinej twarzy. Podeszła wystarczająco blisko, by mógł wypuścić dym wprost w jej drobną twarz, jednak tego nie zrobił. Uniósł lekko podbródek i z łatwością wypuścił powietrze nad jej głowę.
- Merlinie, tak się bałam – szepnęła, chcąc go objąć. Nie pozwolił na to; pospiesznie wrzucił resztę papierosa do rzeki i rozglądnąwszy się nerwowo, warknął:
- Nie teraz.
Mocnym szarpnięciem wziął ją za rękę, po czym – zupełnie nie zwracając uwagi na to, iż tempo jest zbyt szybkie jak dla niej – pociągnął w stronę labiryntu bocznych uliczek. Podczas tego dziwnego przemarszu, Glass wydawało się, jakby chodzili w kółko. Po chwili zdała sobie sprawę z tego, iż w życiu nie dałaby rady trafić stąd z powrotem na nabrzeże, a tym bardziej do swojego tymczasowego mieszkania, w którym notabene od dawna nie powinno być ani jednej jej rzeczy. Gdy jego uścisk odrobinę zelżał, zorientowała się, że są na Montmarcie. Jednak Reg ciągnął ją, nie zważając na jej próby zatrzymania się, według jakiegoś tylko sobie znanego klucza, tak, że przemykali uliczkami najbardziej paskudnymi i najbardziej opuszczonymi, co powodowało, że Glass miała niewyraźne wrażenie, jakby cały czas przed czymś uciekali. Nawet nie chciała pytać, co to mogło być. Oczywiście, w stu procentach ufała Regulusowi, ale… Co, jeśli z któregoś zaułka wyskoczy banda Śmierciożerców? Z różdżkami wycelowanymi w ich dwójkę? Nie zdążyłaby nawet sięgnąć do kieszeni, nie mówiąc już o jakiejkolwiek próbie obrony. A Reg? Gdyby go złapali, sama myśl, o tym, co mogliby mu zrobić, zmusiła Glass do szybszego przebierania nogami, na których miała nowe szpilki.
Strach o ukochanego zmienił się w urazę i zaskoczenie, gdy puścił jej dłoń przed odrapanym budynkiem ze świecącym, neonowym szyldem „Motel u Josephine”, w którym to napisie tylko połowa samogłosek jarzyła się ordynarną czerwienią. Szybko pojęła, iż stoi przed hotelikiem na godziny. Pokroju tych, które niejednokrotnie widziała w mugolskich, amerykańskich filmach o złych gangsterach, dobrych policjantach i ich sprytnych kochankach – przeważnie prostytutkach, które pod koniec filmu porzucają niechlubną profesję.
Że też Reg okazał się takim niewyżytym prostakiem! Już miała się odezwać, oburzyć i sprzeciwić wejścia do środka, gdy zdecydowanym ruchem pociągnął ją w stronę drzwi z odłażącą zieloną farbą.
Po chwili już byli w obskurnej recepcji, gdzie urzędowała cuchnąca tanią wódką matrona po czterdziestce – zapewne owa Josephine. Na głowie miała rude włosy z widocznymi brązowymi odrostami zaplecione w papiloty, na twarzy z trzema podbródkami grubą warstwę nieestetycznego makijażu, a ubrana była w przecudnej urody garsonkę koloru moreli.
- Witam, witam. – Uśmiechnęła się paskudnie, rozchylając wymalowane różową szminką wargi i ukazując tym samym krzywe, żółte zęby, między którymi można było dostrzec fusy z kawy.
- Czym mogę służyć? – zapytała, zdejmując odziane w czerwone szpilki stopy z biurka i podjeżdżając na obrotowym krześle kilka metrów w ich stronę.
- Kluczem do pokoju – warknął mężczyzna, silnie obejmując dziewczynę ramieniem. Glass nie wiedziała, czy miało to jej dać poczucie bezpieczeństwa, czy też sprawić wrażenie, iż Reggie znalazł sobie panienkę na noc.
Stara recepcjonistka ponownie się uśmiechnęła i wymruczawszy coś pod nosem w stronę półki z numerkami pokoi, położyła na blat mały kluczyk z dziesięciocentymetrowej długości kawałkiem drewna, na którym wyryto numer ich apartamentu – 245.
- Dwadzieścia franków za godzinę – dodała, widząc, że Regulus chowa klucz do kieszeni płaszcza. Posłał jej zza ciemnych okularów pełne irytacji spojrzenie, po czym rzucił rolkę banknotów na stolik i odszedł w stronę schodów, ciągnąc za sobą dziewczynę. Będąc już na półpiętrze – recepcjonistka musiała w tym czasie z grubsza przeliczyć darowaną sumę – usłyszeli:
- Bawcie się dobrze, gołąbeczki!
***
Kilka dni temu, kiedy to Glass wróciła z papierową torbą pełną zdrowego jedzenia, nie podejrzewała, że sprawy znowu przybiorą taki obrót. Od pewnego czasu wszystko układało się idealnie. Nawet zaczęła zmywać naczynia i, co zabawne, wcale nie musiała się do tego specjalnie zmuszać. Po prostu dobrze się czuła, mając jego i święty spokój. Od pamiętnej wizyty Jean Pierra niepokoiła ich jedynie sąsiadka z naprzeciwka, skarżąc się na nieznośnie hałasy w środku nocy. Od czasu do czasu przylatywały sowy, czy to od rodziców Glass, z Prorokiem Codziennym, czy też od Leanne, która za wszelką cenę chciała się dowiedzieć, gdzie jej najlepsza przyjaciółka aktualnie przebywa i, co ważniejsze, dlaczego nie wraca i nie odpisuje na jej listy.
Co prawda, gdy weszła, Regulus siedział nieco bardziej blady niż zwykle i gdy mieszał herbatę ręka mu drżała, ale każdemu zdarzały się gorsze dni, nawet jej super-mężczyźnie. Nie uznała za podejrzane tego, że nerwowo chodzi po mieszkaniu wte i wewte, ani tego, że jakimś cudem odnalazł skradziony jej na stacji amulet. Szkoda, że nie udało mu się odzyskać okularów przeciwsłonecznych – kosztowały majątek. Miarka się przebrała, gdy Glass leżąc w łóżku i czekając na niego, po prostu zasnęła. Kiedy następnego ranka bez słowa, z naburmuszoną miną weszła do kuchni i na niego spojrzała, zdziwiła się. Siedział zgarbiony we wczorajszym ubraniu nad pustą filiżanką, przy przepełnionej popielniczce, podbródek opierał na dłoniach. Wedle postanowienia sprzed kilku minut, miała się do niego nie odzywać, ale gdy go zobaczyła, puściła to w niepamięć. Już miała zapytać, co się dzieje, przykucnąć obok i pozwolić, by powierzył jej wszystkie swoje problemy, gdy spojrzał na nią, wyraźne zdenerwowany. Wyglądał, jakby w ogóle nie spał; oczy miał niemal czerwone, pod nimi wory niczym jakiś pijaczyna i już nawet nie próbował uśmiechać się ironicznie, gdy dostrzegł jej zafrasowanie. Ale dopiero gdy powiedział, że musi na jakiś czas udać się do Londynu, lodowaty palec dźgnął ją w okolice serca.
- Że co?! – krzyknęła.
- Ciszej, na litość boską. – Skrzywił się wyraźnie zirytowany. – Nie będzie mnie kilka dni, wszystko pod kontrolą, Vessy – zapewnił, delikatnie gładząc jej dłoń, z zamiarem uspokojenia. Czuła jego szorstkie palce na swojej skórze i wcale, a wcale nie sprawiało to, że czuła się lepiej. Cały jej idealny świat znowu przechodził kryzys. Reg znowu miał zamiar odstawić ją na półkę – jeszcze trochę, a będzie tam musiała płacić czynsz. I co z jego dłońmi? Zawsze były idealnie wypielęgnowane, gładkie; jeszcze wczoraj po południu, gdy byli w kinie… Co się z nim działo? Spojrzała na niego zdecydowanie niepewnie; bardzo jej się ten pomysł nie podobał. Do Londynu! Równie dobrze mógłby po prostu pojawić się w kominku Snape’a czy Croucha! Jak tylko aportuje się w okolicy, wieści rozejdą się szybciej, niż jakby je roznosiły pszczoły na amfetaminie.
- Idę z tobą.
- Wykluczone – wysyczał przez zaciśnięte szczęki.
Przecież nie będzie go śledzić, zresztą przy jej zdolnościach i delikatności słonia w składzie porcelany, od razu by się zorientował. Chciała po prostu móc w razie czego spróbować jakoś obłaskawić Lucjusza, a nie siedzieć z założonymi rękami. Nie znosiła tej cholernej niepewności, tego, że nigdy jej o niczym nie mówił, a jak już mówił to po fakcie.
- Czy to ma związek z tymi horcruxami? – zapytała, pilnie studiując jego twarz. Zero zmian, tylko w kącikach mocnych ust pojawił się ten ironiczny uśmieszek, tak charakterystyczny i właściwie nie schodzący z jego warg, że nie zaliczał się do obserwacji wartych odnotowania.
- Nie. – Krótka piłka i po rozmowie. Puścił ją i sięgnął po paczkę papierosów leżącą na zagraconym stoliku.
Następnego ranka już go nie było. Oczywiście nie raczył nawet zostawić krótkiego liściku, chociaż magnesów na lodówce było wystarczająco dużo, by przypiąć nimi wszystkie stronice Małej Historii Magii. Usiadła więc przy stoliku w kuchni z cholerną filiżanką mocnej kawy i czekała, aż jej odważny mężczyzna wróci z wyprawy.
***
Sowy nigdy nie były zwierzętami, do których Glass czuła jakąkolwiek sympatię. Sama nigdy puchacza ani innej płomykówki mieć nie chciała; wystarczał jej terrorysta Kroal. Kiedy więc do jej okna w sypialni zaczął się dobijać wyrośnięty, brązowy ptak, w pierwszej chwili kojarzący się z tymi z Ministerstwa, miała ochotę posłać go do diabła. Po ostatnim, w którym to poinformowano ją, iż Holly została skazana na pocałunek Dementora, płakała trzy dni. Od tego czasu listy z Ministerstwa odbierał Regulus, a ponieważ go nie było, uznała za dopuszczalne, by sowy nie wpuszczać. Tak więc Glass stała przy oknie i zza szyby próbowała przegonić puchacza, gdy dostrzegła czarną, zrobioną z rzemyka obrączkę na jednej z nóg ptaszyska. Pospiesznie wpuściła go do środka, wyjmując z ust niedojedzone ciasteczko i wkładając je w dziób sowy, jednocześnie odbierając kopertę. List był krótki, treściwy i podejrzany. Właściwie, nie można było tego nazwać listem, prędzej notką.
16 maja o 5 rano na Henryka IV
Bądź.
R A.B.

***
szesnasty maja 1985 roku
Ich pokój znajdował się na drugim piętrze. Wewnątrz było dwuosobowe, przykryte narzutą w wyblakłe kwiaty łóżko, niewielki stolik z pękniętym i pozbawionym ramy lustrem oraz oliwkowy fotel z przetartym siedziskiem. Wedle podejrzeń Glass, wśród pościeli znajdowało się też całe stado pluskiew. Wzdrygnęła się. Jeśli jemu się wydawało, że ona pozwoli się w tej dziurze rozebrać, wielkie będzie jego zdumienie.
Gdy weszło się głębiej, okazało się, iż zaraz obok łóżka znajdują się drzwi do równie obskurnej łazienki z cieknącym prysznicem.
- Wytłumaczysz mi to? – zapytała, wyraźnie podkreślając ostatnie słowo i założyła ramiona na piersi. Była zła, widział to, ale tylko uśmiechnął się z politowaniem.
- Oj, Vessy… – Pokręcił w rozbawieniu głową.
- Choć raz nie traktuj mnie jak dziecka, Reg!
Spojrzał na nią zdziwiony. A niby jak, na Merlina, miał ją inaczej traktować?
- Więc? Co my tutaj robimy? Co stało się w Londynie? Dlaczego zniknąłeś bez słowa? Znowu! Jak ty mnie traktujesz?! – Wyliczała pytania na palcach, co raz jeden odchylając.
- Już niedługo.
- Niedługo?!
- Ciszej, do cholery. Nie muszą cię wszyscy słyszeć – warknął i ze świstem wypuścił powietrze. – Amulet jest teraz bezpieczny. Pozostaje jedynie kwestia tego, że oficjalnie nie ma mnie wśród żywych, ale ten problem rozwiążemy później… – Położył dłonie na jej ramionach i spróbował rozluźnić.
- Weź te ręce! Dość się naczekałam, pół godziny mnie nie zbawi. Jak to bezpieczny? Wcześniej nie był?! – krzyknęła oburzona. Najpierw podrzuca jej tego bubla przez przekupionego niemal-kloszarda, a teraz ma czelność wyrzucać, że u niej nie był bezpieczny!
- Twoją torbę byle mugol ukradłby bez większego wysiłku, zresztą, sama się o tym przekonałaś – westchnął zirytowany i wywrócił oczami.
- To nie był mugol to po pierwsze! A po drugie… Skąd ja mogłam wiedzieć?!
- Nieważne już, no, chodź. – Objął ją. Spotulniała, co zapowiadało koniec rozmowy.
- Nie, nie. A to? Po co tu jesteśmy? Gorszej nory nie było?
Roześmiał się i usiadł na łóżku, które zaskrzypiało złośliwie. Po chwili spoważniał.
- Bo to się skończy dopiero niedługo, skarbie.

Wen wrócił wraz z Pomysłem i już coś mam. Tym samym anuluję – jakże beznadziejny – epilog i proszę o wymazanie go z pamięci.
Nowy rozdział powinien ukazać się w tym tygodniu.
Pozdrawiam,
Penny.

XVI

17 komentarzy

trzeci stycznia 1979 roku
Regulus nie lubił przyjęć, a prywatek wręcz nienawidził. Dlaczego więc był na siedemnastych urodzinach Johna Wilkesa? Otóż, ów Ślizgon zaliczał się do bardzo wąskiego grona ludzi, którym można by przypiąć etykietkę z napisem „krewni i znajomi Blacka”. Tak więc, Regulus siedział w obszernej kuchni w rezydencji rodziców swego przyjaciela i czytał „Heptameron” Piotra di Abano. Był już na sto drugiej stronie, gdy do pomieszczenia wszedł nieco wstawiony solenizant.
– Reggie, czemu się nie bawisz? Nie podoba ci się? – zapytał, wyjmując z lodówki butelkę Ognistej Whisky.
– Bycie ściganym przez ograniczone pannice o wybujałych ambicjach nie sprawia mi przyjemności, Wilkes – odpowiedział, nie podnosząc wzroku znad książki.
– Niektóre są naprawdę miłe – oburzył się John i wycelował w przyjaciela butelką. – A ty tylko te książki byś czytał. Nie ożenisz się z dziełami Nigera, Królu.
– Chyba na ciebie czekają – burknął Black, przewracając stronę.
– Na ciebie też ktoś czeka – rzucił niby mimochodem Wilkes. Regulus spojrzał na niego pytająco. Przyjaciel jedynie kiwnął mu głową i z satysfakcją wypisaną na chudej twarzy, wymaszerował z kuchni.
***
Glass bardzo się nudziła, dlatego zazwyczaj nie chodziła na tego typu zabawy. Siedziała na skórzanej sofie w jednym z salonów Wilkesów i próbowała ignorować Leanne, która „czymś się zatruła” i wymiotowała na bordowy dywan. Przyszła tam jedynie z jej powodu, gdyż miało to teoretycznie doprowadzić do połączenia Leanne i solenizanta. Niestety, John okazał się być bardziej niż bardzo rozchwytywany. Z tegoż powodu, panienka Shirley postanowiła utopić smuteczki na dnie buteleczki. A co pozostało Glass? Czasami się zastanawiała, czy posiadanie przyjaciół jest takie do końca wygodne. Podczas gdy Lea, po raz któryś tego wieczora, przechyliła się przez oparcie sofy i zaczęła wydawać z siebie średnio przyjemne dźwięki, do pokoju wszedł Regulus Black. Glass zwęziła gniewnie oczy i podniosła na niego buńczuczne spojrzenie. Z żalem pomyślała, że szczęście ją opuściło – aż do tej pory Londyn okazał się na tyle przestronny, iż przez całą przerwę świąteczną ani razu na siebie nie wpadli.
Ubrany był jakby nie wybierał się na siedemnastkę przyjaciela, lecz na jakiś wystawny bankiet; w czarny, elegancki garnitur, śnieżnobiałą koszulę zapiętą pod szyję i ciemnozielony krawat ze srebrną spinką. Wyglądał jak typowy Ślizgon na rodzinnym pogrzebie. Na twarzy Glass pojawił się grymas zażenowania.
– Czego chcesz? – warknęła.
– Porozmawiać – odpowiedział neutralnie. Spojrzała na niego pytająco, unosząc jedną brew.
– Nie mamy o czym.
– Proszę – odparł z naciskiem i wyszedł z pokoju, oglądając się za siebie. Skierował się w stronę biblioteki, a Glass przekonała się, iż pod wpływem emocji człowiek robi głupie rzeczy – poszła za nim.
– O czym chciałeś ze mną porozmawiać? – zapytała, gdy już dotarli na miejsce, uważnie mu się przyglądając. Nie rozglądała się po pomieszczeniu, bo wszystkie biblioteki słynnych rodów czarodziejskich wyglądały tak samo. Imponujące regały zawalone mnóstwem pięknie zdobionych ksiąg, wygniecione, lecz niesłychanie wygodne skórzane fotele i małe, drewniane stoliczki na literaturę lub coś do picia.
Chyba pierwszy raz widziała Regulusa Blacka zmieszanego. Wyłamywał palce i błądził wzrokiem po tytułach ksiąg. Westchnął i oparł się o jeden z licznych, starych regałów. Przyglądał się jej chwilę, bawiąc się masywnym, złotym medalionem, który na zmianę otwierał i zamykał, nie pozwalając, by znajdujący się wewnątrz miniaturowy zwitek pergaminu, wypadł na zewnątrz.
– Nie będę tutaj tak stać – burknęła dziewczyna, odwracając się od niego z zamiarem powrotu do Leanne.
– Poczekaj! – krzyknął. – Wydajesz mi się dziwnie pociągająca. Jesteś krzykliwa, nierozgarnięta… a twoi znajomi to żenujący temat – powiedział lekceważąco i na brak reakcji z jej strony, uniósł lewą brew. Glass odwróciła się do niego i założyła ramiona na piersi. – Jednak mi się podobasz… – dodał i przerwał, ale nie patrzył na nią od razu. Dopiero po chwili spojrzał w jej oczy i uśmiechnął się z przekąsem. – Może… jutro gdzieś razem pójdziemy?
– Nie – odpowiedziała oburzona.
– To może pojutrze? – zapytał szybko, po czym zrobił minę, jakby zapomniał się ugryźć w język.
– Hipokryta i pępek świata z kompleksem Piotrusia Pana w jednej osobie. To mnie kopnął zaszczyt – syknęła, delektując się kolejnymi wyrazami, które ułożyły się w średnio logiczną całość.
– Słucham? – zapytał, szczerze zdziwiony.
Glass westchnęła z niemałą satysfakcją.
– Chociaż uwielbiam być przez ciebie obrażana, myślę, że pójść sobie możesz nawet na koniec świata, ale sam, Black.*
Obserwowała jego reakcję. Spojrzał na nią z niemałym niedowierzaniem, potem szybko otrzepał marynarkę z niewidzialnych pyłków i kichnął.
– Przepraszam… Mam alergię… – wytłumaczył, ocierając nos. Nie zareagowała, chociaż zbierało jej się na śmiech. – Pójdę już – wyszeptał szorstko i nie oglądnąwszy się, wyszedł z biblioteki.

*** dwudziesty ósmy stycznia 1982 roku
Po rzekomej śmierci Regulusa, Glass została stałą bywalczynią baru Joego. Praktycznie każdy dzień kończył się na „jednym, na życia osłodę”. Tak było i tego wieczora. Niedoszła pani Black siedziała sama przy dwuosobowym stoliku, przechylając pustą butelkę, z której leniwie wypłynęła jedna, bursztynowa kropla o słodkawym zapachu. Dziewczyna nieuważnie odstawiła pękatą butelkę na stół, trącając łokciem niską szklankę do whisky i zrzucając ją na podłogę. Odgłos tłuczonego szkła wybawił z zaplecza niepocieszonego właściciela lokalu.
– Glass, idź już do domu. Przez ciebie stracę całą zastawę. No, już cię nie ma – odezwał się, kopiąc w odłamki szkła i podnosząc dziewczynę od stolika.
– Ale mi tutaj dobrze – oburzyła się, uwiesiwszy się jego ramienia.
– To przyjdziesz rano. Na baaaardzo mocną kawę – odpowiedział zirytowany, wywracając oczami.
– Obiecujesz? – wymamrotała.
– Obiecuję, kotku, ale teraz już nie chcę cię tu widzieć.
– Szlag by cię trafił, Bell – mruknęła pod nosem, wyrywając się z ramion Joe. Po chwili musiał ją podnieść z podłogi, na której uporczywie chciała zostać.
– Koniec tego dobrego, koleżanko. Idziemy do domu. Już.
Nie miała pojęcia, jak się dostała do swojej kamienicy, a tym bardziej nie wiedziała, jakim cudem weszła na pierwsze piętro, nie budząc żadnego z sąsiadów. Pierwszym, co pamiętała, było to, że w czarnym jak smoła korytarzu, potknęła się o ostatni stopień i wylądowała z głową na wycieraczce sąsiada – który wydawał się być zauroczony panną MacGregor – obijając przy tym oba łokcie. Właściwie nie miała ochoty się podnosić, co uznała za jedną z zabawniejszych rzeczy, jakie spotkały ją w życiu. A potem, gdy spróbowała wstać, ale poślizgnęła się na złamanym plastykowym obcasie jednej ze szpilek i ponownie się wywróciła, lądując na kolanie, prawie udusiła się ze śmiechu.
Dziesięć minut później, siedziała na wycieraczce Hendersa i opierała się o jego drzwi. Nie podobała jej się czcionka, jaką miał wygrawerowane nazwisko na śmiesznie ozdobionej metalowej tabliczce. Czknęła i roześmiała się histerycznie. Spróbowała się podnieść, ale kolano za bardzo ją bolało. Ponownie się roześmiała, chociaż tak naprawdę, nie wiedziała, co ją tak rozbawiło. Wtedy straciła oparcie pleców i wyłożyła się jak długa, do połowy leżąc w przedpokoju Hendersa, a do połowy na klatce schodowej.
– Prze… Prze… Przepraszam – zaśmiała się, czkając na widok zaspanego sąsiada.
– Potrzebujesz pomocy? – odezwał się nad nią. Wydawał się szczerze rozbawiony.
– Nie, dzięki – odparła jakby zbulwersowana, a potem przekręciła się i upadła na twarz. Nastąpiła krótka chwila, podczas której fala upokorzenia zmyła poprzednią wesołość. Kiedy owa chwila się przedłużała, pewne części ciała ponownie przypomniały o tym, jakże niegodziwie Glass się z nimi obeszła.
– Nic ci nie jest? – zapytał Charlie z uśmiechem w głosie, który Glass zdołała wykryć nawet przez mgłę, spowijającą jej mózg. – Nie panikuj – powiedział tonem upozorowanym na poważny, choć tak naprawdę miał ochotę się roześmiać, i podał jej rękę. – Już, wstajemy.
– Au, au, au, au, au – szlochała, podczas gdy Charles podnosił ją do pozycji względnie pionowej. Nie wiedziała, skąd się biorą te łzy, wiedziała tylko, że nie potrafi ich powstrzymać, a makijaż na pewno się jej rozmazał.
– Proszę cię, nie płacz. Jestem tylko facetem, nie dam sobie z tym rady.
Glass wymamrotała coś niespójnie i najwyraźniej bardzo ją to zaniepokoiło. Charlie ostrożnie nachylił się w jej stronę.
– Co takiego?
Powtórzyła.
Nachylił się jeszcze bardziej.
– Jeszcze raz…
– TĘSKNIĘ ZA NIM! – wrzasnęła mu do ucha i ponownie zaczęła szlochać.
– Ech. No, już. Chodź. Dasz radę, odtransportujemy cię do mieszkania. – Objął ją w talii, a ona odskoczyła, prawie się wywracając. Na szczęście, przedpokój w mieszkaniu Hendersa był na tyle wąski, że nie dała rady tego zrobić. Oparła się o niego i chuchnęła mu w twarz.
– Jestem bardzo pijana? – zapytała niemrawo, licząc, że zaprzeczy.
– W porządku? – wyszeptał, puszczając mimo uszu jej pytanie.
– Yhym – mruknęła w odpowiedzi. Pozwoliła żeby jej ciało opadło w jego stronę i oparła mu głowę na piersi. Mogłaby tak zostać nawet na zawsze. Nie, na jakie zawsze?! Przecież jutro musi iść na Pokątną, do pracy, zobaczyć się z Leą, na obiad do rodziców… O rany. Pokątna.
Gwałtownie otworzyła oczy. W tej chwili poczuła przeogromną potrzebę uświadomienia Charlesa co do swojej osoby. Jeśli mieliby się pobrać, musi wiedzieć, kim ona tak naprawdę jest.
– Glass? – wyszeptał w jej włosy. Wzdrygnęła się i gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Z paniką zauważyła, że on zrobił to samo. Wpatrywał się w nią, a ona nie mogła zmusić się, do jakiegokolwiek ruchu. Przysunął się, a ona wyrwała się i w ostatniej chwili oparła się o ścianę, która uratowała ją przed upadkiem.
– Charlie? – wyszeptała.
– Tak? – odszepnął.
– Ja…
– Tak.
– Jestemczarownicą – wypaliła.
Charles znieruchomiał, a potem roześmiał się serdecznie.
– No, już. Koniec tego gadania. Zaraz położymy cię spać.
– Ale ja mówię poważnie… – zaszlochała i w przypływie upojenia alkoholowego, wyjęła z kieszeni dżinsów różdżkę.
– Wingardium Leviosa – powiedziała, celując w leżącą na stoliku gazetę, która w momencie zaczęła unosić się w powietrzu.
Charles znieruchomiał. Usta otwierały mu się i zamykały, niczym wyjętemu z wody karpiowi. Obserwował lewitujące „Daily News”, prawie wytrzeszczając oczy. Pod wpływem dziwnego impulsu, podskoczył do góry, próbując złapać latającą gazetę, ale się mu nie udało.
– Coś ty zrobiła?! Ty… ty…
– Prze… przepraszam… – szepnęła i czknęła.
– Wyjdź!
– Ale Charlie…
– Wyjdź z mojego mieszkania!
– Tak mi przykro…
– Wynoś się!
I to wystarczyło, by otrzeźwiała. Pokonała te dwa metry dzielące drzwi jego mieszkania od jej i Regulusa. Właśnie, Regulus. Przylgnęła do ściany w przedpokoju ich wspólnego mieszkania i rozpłakała się na dobre. On nie powinien jej tego robić. Nie powinien umierać. A teraz…? To wszystko jego wina.
Chwiejnym krokiem podeszła do szafy z szatami swego narzeczonego i z jej dna wyjęła butelkę whisky i czerwonego wina, jak mówił jej ojciec „na specjalne okazje”. Teraz była zdecydowanie specjalna okazja. Pokazała język swojemu odbiciu w naczyniu i ponownie zaniosła się płaczem pomieszanym z histerycznym śmiechem.
***
czternasty kwietnia 1985 roku
Glass gwałtownie obudziła się na dźwięk rozeźlonego męskiego głosu. Zastanowiła się przelotnie, czy jest możliwe, że naprawdę ktoś stoi przy łóżku i wali ją łopatą po głowie. Pulsowanie było tak regularne i rytmiczne, że niemal kojące, dopóki nie zdała sobie sprawy, że w rzeczywistości, nie znajduje się we własnym łóżku, w Londynie, lecz w cholernym Paryżu. Tylko spokojnie, poinstruowała samą siebie, starając się zrozumieć, co mówi ten odległy męski głos. Kto może wrzeszczeć z rana w twoim-nietwoim mieszkaniu?
– Ile razy mam powtarzać, że żadna Glavessy MacGregor tutaj nie mieszka?! – Męski głos teraz przypominał głos Regulusa. Błyskawicznie wyskoczyła z łóżka i momentalnie tego pożałowała. W głowie jej zawirowało, a ból przelewał się wewnątrz niczym stygnąca smoła.
– Jak nie mieszka, jak nie mieszka?! Przedwczoraj się z nią tutaj widziałem! – krzyczał drugi męski głos z typowym francuskim akcentem.
Glass wpadła w prawdziwą panikę. Jean Pierre! Mało nie krzyknęła na myśl, co może się stać, gdy auror rozpozna Regulusa. Nie zwracając uwagi na to, że jest w pidżamie, wybiegła z sypialni, z impetem wpadając na Blacka, który wyglądał na porządnie rozbawionego, ale i tracącego cierpliwość. Stojący w drzwiach blondyn o niebywale równych i białych zębach zdawał się lada moment wybuchnąć. Granatowa, najmodniejsza szata powiewała groźnie przy jego każdym nerwowym geście. A było ich sporo.
– Cześć – wysapała Glass, przytrzymując się ramienia Regulusa.
– O, Glassy! Powiedz temu palantowi, że się znamy i tutaj mieszkasz, bo baran wciska mi jakieś mensonge!** – odezwał się Jean Pierre, przesadnie gestykulując i posyłając Regulusowi pełne wyższości spojrzenie zza prostokątnych szkieł okularów. Glass po raz kolejny w życiu zaczęła zastanawiać się, czy oczy Jean Pierre’a nie są czasem jakąś magiczną sztuczką. Niemożliwą rzeczą jest, by zamiast źrenic mieć dwa lazurowe jeziorka. A już szczytem wszystkiego były rzęsy aurora, które wydawały się być podkręcone jakąś miniaturową lokówką i utrwalone najmocniejszym lakierem do włosów. O, tak. Jean Pierre miał zdecydowanie najpiękniejsze oczy, jakie Glass kiedykolwiek dane było widzieć.
– Nie, już nie. Właściwie, dzisiaj wyjeżdżam. Och, przepraszam, może wejdziesz? – zwróciła się do niego, zamykając drzwi mieszkania i patrząc karcąco na Blacka.
– Nie, dzięki. Właściwie, chciałem się tylko upewnić, że wszystko u ciebie w porządku… Wczoraj nie przyszłaś, bałem się, że coś się stało… – przerwał i zlustrował Regulusa wzrokiem. – Ale widzę, że nic ci nie jest.
– Czekałam na ciebie ponad czterdzieści pięć minut! – krzyknęła, przypominając sobie o tym, iż jest na niego zła. Oczywiście, w tym samym momencie dał o sobie znać ból głowy.
– Pójdę już – mruknął pod nosem.
– I bardzo dobrze pan zrobi, nie nachodzi się ludzi o tak wczesnej porze – wtrącił się Regulus z miną posiadacza. Glass teatralnie odwróciła głowę od gościa i otworzyła drzwi, dając mu do zrozumienia, że ma się wynieść.
– Ach, nie przedstawiłem się… Jean Pierre Delacour. – Auror wyciągnął rękę i przyglądał się Blackowi w skupieniu.
– Michael Thomson – uprzedziła Regulusa Glass, nie zwracając uwagi na złość wymalowaną na twarzy narzeczonego. Jean Pierre uśmiechnął się triumfalnie i poprawił wpadającą do oczu blond grzywkę.
– To do zobaczenia, Glassy – szepnął słodko, posyłając jej w powietrzu buziaka.
– Raczej nieprędkiego – mruknął pod nosem Regulus, a Glass zamknęła drzwi za gościem. Nastała krępująca cisza, którą postanowił przerwać Black.
– Skąd znasz tego pajaca? – zapytał niby od niechcenia, ironicznie się uśmiechając.
– Pomógł mi wyjść z żałoby po tobie – warknęła, ucinając temat. – A tak poza tym, wczoraj mnie okradli – dodała z wyrzutem. Regulus utkwił w jej twarzy czujne spojrzenie.
– Co ci zginęło?
– Nic ważnego. No, może poza pewnym bublem, do którego się przywiązałam – zaśmiała się dziecinnie. Regulus uśmiechnął się z wyraźną ulgą, przygarnął ją ramieniem i pocałował w czubek głowy.

* fragment analogiczny do tego z „Dumy i uprzedzenia”. Dzięki Kaś ;*
** mensonge – fr. kłamstwo

XV

14 komentarzy

siedemnasty października 1978 roku
Czwarta w nocy. Pora, o której każdy uczeń Hogwartu powinien już dawno spać.
Nocą zamek wydaje się być nieco innym miejscem niż w dzień. Gdy cichnie zwykły szkolny gwar, budowla żyje wspomnieniami; ciemnymi korytarzami przechadzają się duchy, dyskutując o sprawach minionych. Cisza, którą przerywają jedynie ich odległe rozmowy i słabo rozświetlana przez płomienie świec ciemność, potęgują atmosferę tajemniczości.
Regulus wypuścił wstrzymywane od kilku sekund powietrze. Przesunął dłońmi po twarzy. Skórę miał zimną i bladą niczym marmur. Ostrożnie pociągnął za masywną klamkę. Chłód ukąsił go w palce, a jego własne nogi sprawiały wrażenie ciężkich i zdrętwiałych, jakby się buntowały. Na bladej twarzy wykwitł ironiczny grymas połączony z niedowierzaniem.
– Odpieprza mi – pomyślał z rozbawieniem i wszedł do środka. Dreszcz za dreszczem przebiegał po kręgosłupie Ślizgona. Starał się opanować drżenie rąk, bezskutecznie. Zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie. Jak dotąd miał sporo szczęścia. Wyszedł niespostrzeżenie z dormitorium, Pokoju Wspólnego, przechytrzył wałęsającego się po korytarzach Filcha, a biblioteka była wyludniona i zdawała się czekać właśnie na niego. Jakiś natarczywy głos mówił mu, że to zbyt duży zbieg okoliczności i jak na niego, niemożliwy łut szczęścia.
Doszedł do siebie na tyle, żeby się rozejrzeć. Niby to samo, znane od lat pomieszczenie – stare stoliki, niewygodne krzesła, rzędy masywnych, ciemnych półek zapełnionych woluminami, pergaminami, tomami, tomiskami i teczkami – a jednak w nocy przyprawiało go o gęsią skórkę. Wydawało mu się, jakby księgi szeptały między sobą, zdając sobie sprawę, iż uczeń nie powinien przebywać wśród nich o takiej porze. Nie, nie bał się, bo co złego mogłoby go spotkać w szkolnej bibliotece?
Przez wąskie okna wdzierało się jasne światło księżyca, które powodowało, iż w zakurzonej komnacie widoczne były wirujące pyłki i kurz. Regulus lubił to zjawisko, chociaż był alergikiem. Unoszące się w powietrzu drobinki sprawiały, iż magia pomieszczenia stawała się namacalna i taka, jaka istnieje w mugolskich bajkach dla dzieci. Ocknął się z zupełnie niepotrzebnych i głupich rozmyślań i przetarł łzawiące oczy. Alergia była złośliwa do tego stopnia, że uwidoczniała się zawsze wtedy, gdy nie powinna.
Serce zaczęło mu bić szybciej. Pewnym krokiem ruszył na koniec komnaty i przeszedł nad sznurem oddzielającym dział Ksiąg Zakazanych od reszty biblioteki. Podszedł do pobliskiego regału i przechyliwszy lekko głowę, odczytywał tytuły ksiąg. Dłonie mu drżały, gdy dotykał zakurzonych woluminów, bynajmniej nie ze względu na uczulenie. Usta miał suche, jakby powleczone warstwą gipsu. Serce wykonywało pomiędzy żebrami dziwaczne podskoki. Zerkał na tytuły kolejnych tomów. „Sny o złocie i nieśmiertelności”, „Formicarius” Nidera, „Necronomicon” Abdula Alhazedra, „Heptameron” Piotra di Abano, „Picatrix”*, którego znajomością chwalił się ostatnio Wilkes. I to wszystko do jego osobistej dyspozycji.
– Niemożliwe – szepnął podekscytowany. Delikatnie przesuwał palcami po wytartych skórzanych oprawach. Wytłoczone, złotawe znaki rozpływały mu się przed oczami, tak że nie był w stanie odczytać tytułów. Minął drugi regał i zaczął szukać tego, po co przyszedł.
– Musi tu być, do cholery – myślał gorączkowo, mijając kolejne etażerki. Podszedł do kolejnej i zmierzył półkę krytycznym i trochę znudzonym wzrokiem. Jest. W głowie mu zaszumiało, a na ustach pojawił się triumfalny uśmiech.
Cienka, niepozorna, na przedostatniej półce, wciśnięta pomiędzy dwie grube księgi, zupełnie nie przyciągała wzroku. I dobrze. Machnął różdżką w jej stronę i po chwili trzymał znalezisko w dłoniach. Ostrożnie, jakby miała go ugryźć, przetarł dłonią okładkę. Miał ochotę pocałować tą cholerną książkę, ale w tym momencie zza regału niespodziewanie wyłoniła się chuda dziewczyna, na oko czternastoletnia.
Drgnął i niewiele myśląc, schował znalezisko pomiędzy poły szaty. Nie miał pojęcia, jak mógł jej nie zauważyć. Był pewien, że gdy wchodził, w sali znajdował się tylko on i tysiące książek, a potem nie spostrzegł, by ktokolwiek przyszedł. To szczeniackie niedopatrzenie mogło go sporo kosztować. Gdyby ta smarkula zorientowała się, czego szukał… Jakby go przyłapali, wyleciałby od razu i matka by go zabiła – tego był w stu procentach pewien.
Dziewczyna ubrana była w szatę z godłem Ravenclawu. Jasne włosy miała spięte na karku, a dłonie zaciśnięte w pięści. Sprawiała wrażenie rozzłoszczonej jego obecnością, ale i swobodnej, jakby uważała swoją obecność w miejscu niedozwolonym dla przeciętnych uczniów, w porze niedozwolonej dla wszystkich hogwartczyków, za sytuację całkiem naturalną.
– Co tu, do cholery, robisz?! – warknął szeptem, bardziej napastliwie niż zamierzał. Popatrzyła na niego z lekkim politowaniem i wyjęła z kieszeni różdżkę. Zmierzył ją lodowatym spojrzeniem, jednocześnie szukając wzrokiem tego, dla czego owa dziewczyna złamała kilka punktów szkolnego regulaminu. Na próżno.
– A ty? – odpowiedziała niewinnie, bawiąc się różdżką, jakby nie mogła się zdecydować, w której dłoni będzie wygodniej ją trzymać.
– Czytałem, ale mi przerwałaś – poinformował towarzyszkę oschle, ignorując jej popisy. Wściekły, starał się zachować kamienną twarz, chociaż przekleństwa, które cisnęły mu się na usta coraz trudniej było utrzymać „na uwięzi”. Dziewczyna szła w jego stronę wzdłuż regału, nonszalancko przesuwając palcami po brzegach książek. To już zupełnie wytrąciło go z równowagi.
– Wynoś się stąd – warknął ostrzegawczo. Blondynka znieruchomiała i odwróciła od niego wzrok. Wyglądała jakby nagle coś ją zaniepokoiło. Obejrzała się za siebie.
– Cicho – szepnęła i wykonała w powietrzu gest, który teoretycznie miał powstrzymać Regulusa od wydania jakiegokolwiek dźwięku. – Pani Norris – wyjaśniła po chwili z nutą paniki w głosie.
– Kurwa – syknął, rozglądając się po pomieszczeniu. Podbiegł do dziewczyny i złapał ją za nadgarstek na sekundę przed tym, jak rozległo się przeciągłe miauczenie.
– Niech tego wypłosza avada trzaśnie! No, chodź – polecił głosem nie znoszącym sprzeciwu i pociągnął ją w ciemniejszą stronę komnaty. Mimo iż nie trzymał jej mocno, drżała. Nie wiedział czy ze strachu przed nim, czy przed woźnym, czy też przed karą, jaka mogłaby ich spotkać w razie wpadki.
– Co robisz? – zapytała, chcąc wyrwać rękę.
– Cicho – warknął. Posłuchała i w milczeniu obserwowała jego poczynania. Wyjął z kieszeni różdżkę i próbował sobie przypomnieć teatrzyk, który odstawił w zeszłym roku jego brat, robiąc wrażenie na dziewczynach ze swojego domu. Mógł się wtedy dokładniej przyglądać, zamiast udawać, że nic go to nie obchodzi.
A teraz na dodatek, przez cholerną kujonicę wpadł w kłopoty. Był niemożliwie zły i z jednej strony miał ogromną ochotę zostawić ją tam na pastwę losu, z drugiej, coś mu nie pozwalało. Z pewnością to, że gdyby ona wpadła, mogłaby pociągnąć go za sobą na samo dno. Zamarł, przyciskając twarz do kamiennej ściany. Dziewczyna drgnęła nerwowo, gdyż z biblioteki zaczęły dochodzić odgłosy kroków.
– Pospiesz się, jeśli robisz cokolwiek pożytecznego. – ponagliła, wymachując energicznie rękami.
– Zamknij się.
Odgłos kroków nasilił się i po chwili drzwi komnaty otworzyły się, wpuszczając do środka więcej światła.
– Kto tu jest?! – rozległ się szorstki głos woźnego. – Smarkacze, wyłazić, bo powystrzelam was jak kaczki!
Szybkie kroki Filcha odbijały się echem po pomieszczeniu, a nabierające na sile przekleństwa powodowały, że Regulus już miał przed oczami wizję matki, która z furią wypala jego imię z rodowego gobelinu. Zaczął intensywniej myśleć i recytować formułkę, która gdzieś mu świtała, jednocześnie próbując znaleźć odpowiednie kamienie. Dziewczyna złapała go za ramię, zapewne pod wpływem strachu, przez co pomylił wymyśloną przez siebie kolejność. Spojrzał na nią z furią i na oślep stuknął w ścianę. W murze pojawiła się wnęka wypełniona mlecznym gazem. Chłopak wzdrygnął się, nie do końca tak to sobie wyobrażał.
– Wyłazić hultaje! I tak was dopadnę! Doigraliście się, wy łotrzyki! – Regulus wyraźnie słyszał, że Filch biegnie w ich stronę. Złapał blondynkę za nadgarstek i wciągnął ją do środka mglistej sali. Szepnął szybko zaklęcie i przed nimi znów pojawiła się ściana. Odetchnął z ulgą, nieuważnie ściskając mocniej nadgarstek Krukonki.
– Auć – syknęła, wyrywając rękę.
– Mogłabyś chociaż podziękować, że uratowałem ci tyłek.
– Jakbyś się nie pojawił, nie miałabym problemu – odparowała. Poruszyła się niespokojnie, poprawiając nieprzytomnie włosy. Sztyletowali się chwilę wzrokiem, ale po chwili ona odpuściła i zaczęła obgryzać paznokcie.
– Przestań, bo zwariuję!
Zadarła głowę do góry i spojrzała na niego z wyższością. W oczach miała jakiś złowrogi błysk, jednak zniknął, gdy tylko Regulus skrzyżował z jej spojrzeniem swoje. Uniósł lewą brew i prychnął pogardliwie. Spuściła wzrok i cofnęła się nieco.
– Co teraz? – zapytała beztrosko.
– Uwijemy tu sobie przytulne gniazdko i nie pozwolimy na wyginięcie gatunku – odparł arogancko.
– Masz na myśli opiekę nad pajęczakami? – odwarknęła, mrużąc wściekle oczy.
– A może masz jakiś pomysł, mądralo?
– Roweno, dopomóż – westchnęła teatralnie, spoglądając błagalnie w sufit. – Oczywiście, że mam. Przeczekamy, aż ten kapeć sobie pójdzie! – wyjaśniła jakby mówiła do trzylatka.
Spojrzał na nią badawczo. Nie, ona nie żartowała. Naprawdę myślała, że on nie wiedział co robić i zapewne miała go za takiego głupca, za jakiego on brał ją. Wypuścił ze świstem powietrze i uśmiechnął się ironicznie. Od kiedy do Ravenclawu przydzielano ostatnie idiotki? To się mu trafiła towarzyszka. Miał zdecydowanie zbyt miękkie serce, mógł ją przecież zostawić i potem zagrozić, by nikomu nic nie wypaplała. Ale kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę. Parsknął i podniósł na nią wzrok. Przybrała wojowniczą pozę i mierzyła go nienawistnym spojrzeniem. Zapewne, gdyby można było zabijać wzrokiem, padłby trupem.
– Jak masz na imię? – zapytał, opierając się nonszalancko o ścianę. Zza muru zaczęły dochodzić wyraźniejsze dźwięki, głosy i szmery – ktoś uparcie próbował się wedrzeć do ich kryjówki. Regulus zaczął błagać Merlina, żeby Filch nie znał tej skrytki. Oczywiście nie dał po sobie poznać, że się denerwuje. Uciszył ją ruchem dłoni, gdy chciała mu odpowiedzieć. Wydęła policzki, robiąc buńczuczną minę. Rozbawiła go i nie umknęło to jej uwadze. Nim się obejrzał, popchnęła go i uderzył potylicą w ścianę. Potrząsnął głową, w której ból przelewał się niczym woda, i zamachnął się, by jej oddać, ale w ostatniej chwili się opamiętał. Był Blackiem i gentlemanem, a Blackowie i gentlemani nie biją kobiet. Przeklął i uderzył pięścią w mur.
– Odbiło ci?! – warknął, pocierając obolałe miejsce. Nie odpowiedziała. Przytaknęła skinieniem, a może po prostu głowa jej opadła. Usiadła naprzeciw niego i obgryzała paznokieć kciuka. Regulus nie znosił tego zgrzytania, ale już nie zwrócił jej uwagi.
– Kto tę dziewczynę wpuścił do tej kretyńskiej szkoły? – zastanawiał się, zupełnie ignorując brak logiki we własnych rozważaniach. Był na nią tak wściekły, że najchętniej wykopałby ją Filchowi na pożarcie, ale miał za miękkie serce. A jak się ma miękkie serce…
– Glass – odezwała się nagle. Spojrzał na nią zdezorientowany, nie wiedząc, o co dziewczynie chodziło.
– Słucham?
– Mam na imię Glass… – powtórzyła cierpliwie, mierząc go łagodnym spojrzeniem. Po chwili dodała pod nosem, jakby myślała, że jej wybawca tego nie usłyszy. – Kretynie.
Roześmiał się szyderczo. No tak, czego mógł się spodziewać po takiej wariatce? Przyglądał się jej przez chwilę w zamyśleniu. Mylił się, nie była smarkata. Zapewne z jego roku, chociaż wyglądała dziecinnie i jakby trochę niewinnie. Brzeg szaty miała świeżo rozdarty, a buty zabłocone. Nad górną wargą widniała plama od atramentu, a we włosach miała wpięty pożółkły liść. Gdyby nie był sobą, pomyślałby, że wyglądała słodko. Zamiast tego stwierdził, iż jego nowa znajoma była niebywale dziwna.
– Regulus Black.

***
trzynasty kwietnia 1985 roku
Gdyby wtedy nie uratował jej przed konsekwencjami nocnej eskapady, której celu tak naprawdę nigdy nie poznał, nie miałby teraz problemu znacznie większego niż stary Filch, czyhający za ścianą. Spojrzał w oczy swojej narzeczonej, która miała niemal identyczną minę jak wtedy, gdy kazał się jej zamknąć. Uśmiechnął się łagodnie, cicho licząc na jakąś taryfę ulgową.
– Nie ustąpiła, a to jędza – pomyślał, a kąciki ust drgnęły odrobinę.
– Niech ci będzie – westchnął przeciągle i wyprostował się na krześle. – Tylko musisz mi coś obiecać – dodał z prowokacją w głosie.
– Co? – zapytała, podejrzliwie mrużąc oczy.
– Że nie będziesz panikować.
– Stoi.
– Nie „stoi”, tylko obiecaj – poprawił cierpliwie. Od zawsze go to denerwowało, a ona to zwyczajnie wykorzystywała. Jednak tym razem nie da się sprowokować.
– Obiecuję.
***
– CO?! Reg…! Jak mogłeś?! Ty, ty… ty nieodpowiedzialny dupku! Skończony idioto!!! Wszystkich nas zabiłeś!
– Mówiłem… – przerwał jej znudzonym tonem.
– Guzik mnie obchodzi, co mówiłeś! Wiesz, że oni nas znajdą! Znajdą i pozabijają! Wszystkich!!! A to przez ciebie i twoje bohaterskie wyczyny!!! Mało ci było?!
– Vessy, już dawno po wszystkim… Kurwa, mówiłem, że nie musisz wiedzieć, ale się uparłaś! Jak ta głupia! – Spojrzał na nią smutno. Wyglądała żałośnie z tym rozmazanym tuszem i w cienkiej sukience. Westchnął i przytulił ją. Jak się spodziewał, odepchnęła go – pozorantka. – Masz tu coś na uspokojenie?
– Nie chcę nic – odburknęła, ukrywając twarz w dłoniach i opierając łokcie pomiędzy talerzami.
– Vessy… – mruknął, jakby chciał jej coś wyperswadować. Chciał, owszem. Wielokrotnie. Nigdy mu się nie udało. Jaka była kiedyś głupia, taka była i teraz, a on zdawał sobie z tego sprawę.
– W drugiej szafce od lodówki – szepnęła, kręcąc przy tym głową, jakby trochę z niedowierzaniem. Regulus odetchnął, po czym wyjął słoiczek z zielonym eliksirem i wlał trochę do szklanki. Wypiła bez marudzenia. Usiadł naprzeciw niej nieco zmartwiony.
– Ale on wróci, prawda? A wtedy wszystkich nas zabije…!
– Kochanie, miałaś przecież nie panikować…
***
*Tytuły ksiąg zaczerpnięte z „Narrenturm” i „Bożych Bojowników” Sapkowskiego, dzięki Lammy.

XIV

23 komentarzy

dwunasty kwietnia 1985 roku
- No, miała panna szczęście – powiedział ktoś o zachrypniętym głosie.
Glass otworzyła oczy i z trudem była w stanie skoncentrować wzrok na pociągłej, bladej twarzy pochylającego się nad nią mężczyzny w czerwonym swetrze.
- Żyję?
- Żyje panna, a pewnie. Może panna wstać? – zapytał, podnosząc ją do pozycji siedzącej, czego nie była do końca świadoma.
Glass wstała. Z małą pomocą pana z chrypką, ale wstała. Czuła się całkiem nieźle, jak na ofiarę jakiejś paskudnej klątwy i kradzieży. Tylko w głowie jej dzwoniło.
- Która godzina? – zapytała, nieprzytomnie poprawiając włosy.
- Po drugiej będzie.
- Szlag by to. To był jakiś mutant, a nie zwykły oszałamiacz… – mruknęła pod nosem, ale facet zdawał się jej nie słuchać.
- No, no. Nieźle panna oberwała. Uciekli, zanim jeszcze przyszedłem. Miała panna szczęście, że właśnie przechodziłem. Co za chamy, tak kobietę potraktować… – Mężczyzna przyjrzał się jej badawczo. – Ale w tym świetle nie widać żadnych obrażeń.
Glass spojrzała na niego jak na kosmitę i dopiero po chwili uświadomiła sobie, że rozmawia z mugolem. Uśmiechnęła się niewyraźnie i rozglądnęła w poszukiwaniu swej torby. Na próżno. Tupnęła bosą stopą i przeklęła brzydko. Starała się sobie przypomnieć, co miała przy sobie. Szczotkę do włosów, perfumy, okulary przeciwsłoneczne, pusty portfel, paczkę landrynek, bublowaty amulet i różdżkę. Na wspomnienie tej ostatniej, gorączkowo zaczęła przeszukiwać kieszenie. Poczuła ulgę, chociaż nie pamiętała by przekładała ją do płaszcza. Strata torby ją przygnębiła. Dostała ją od Holly na piętnaste urodziny i czuła pewien sentyment. Ale teraz przynajmniej z czystym sumieniem będzie mogła sobie kupić jakąś z monogramem.
- Dobrze się panna czuje? Może po pogotowie zadzwonić? Albo policję? Chociaż te darmozjady i tak chamów nie dopadną… – Mężczyzna pociągnął nosem, wyrywając ją z rozmyślań i spojrzał na nią pytająco.
- Nie, nie. Nie trzeba. Dziękuję, dam sobie radę – odpowiedziała, siląc się na uprzejmość. Tak naprawdę miała ogromną (i paradoksalną) ochotę uderzyć tego faceta. Mógł jej nie pomagać. Może gdyby ocknęła się nieco później, głowa bolałaby ją mniej. Albo wcale. Oczywiście, tak naprawdę nigdy by się na to nie zdobyła, biorąc pod uwagę fakt, iż zdawała sobie sprawę z własnej siły, a raczej jej braku i podejrzewała, że ten facet w czerwonym swetrze, gdyby chciał, bez problemu skręciłby jej kark.
- A gdzie panna jedzie? Odprowadzę, jeśli trzeba. Mnie się nie spieszy – zapytał nieco nachalnie, a Glass poczuła, że zaczyna się denerwować.
- Nie, nie. Dam sobie radę, naprawdę. Dziękuję – wybąkała, modląc się, by uwierzył i jednocześnie zastanawiając się, czy świst w jej głowie jest wywołany zaklęciem czy też uderzeniem o beton.
- Jasne, nie ma sprawy – odezwał się z nikłym przekonaniem. Wyciągnął z tylnej kieszeni spodni paczkę papierosów i zaproponował Glass jednego. Odmówiła. Wzruszył ramionami i sam zapalił. Zaciągnął się i schował papierosy z powrotem do spodni. Stał chwilę, wydmuchując dym w górę i patrzył na nią podejrzliwie. Wreszcie, po kilku minutach, które wydawały się Glass wiecznością, machnął jej ręką i uśmiechnął się jakoś żałośnie. Włożył dłonie w przednie kieszenie dżinsów i ruszył w stronę pociągu, który właśnie zatrzymał się na pobliskim torze. Glass odprowadziła go wzrokiem i odetchnęła z ulgą, gdy drzwi kolejki się za nim zamknęły. Zdjęła buty i z wielkim żalem, wrzuciła je do pobliskiego kosza na śmieci. Zrobiło jej się przykro.
***
Zaczęło padać, a jedną z niewielu rzeczy, których Glass nie lubiła bardziej od Paryża, był deszczowy Paryż. Stała chwilę na pechowych schodach i wahała się, czy wyjście bez parasola na taką ulewę jest dobrym pomysłem. Gdy odnotowała, że na stację zaczynają wchodzić spore grupki ludzi, postanowiła się stamtąd wynieść i to jak najszybciej. Wolała już nie kusić losu. Torebka, buty – co jeszcze? Spojrzała z rezygnacją na swój płaszcz i zacisnęła wargi, zdeterminowana. Wyszła ze stacji i rozglądnęła się. Tras do wyboru było przerażająco dużo, a jej orientacja w terenie pozostawiała wiele do życzenia. Zdecydowała się na najkrótszą i możliwie najmniej skomplikowaną.
Przebiegła na boso przez Pola Elizejskie, w kierunku przeciwnym do wieży Eiffla, mijana przez przechodniów chowających się pod parasolami i uciekających przed ulewą, a potem skręciła w boczną uliczkę. Chciała się stamtąd deportować, ale nagle poczuła się bardzo zmęczona.
Odchyliła głowę i spoglądała w górę, opierając się o mur jednej z kamienic. Z pewnością rozmazał jej się tusz i wyglądała okropnie. Po czerwonym lakierze pokrywającym paznokcie u stóp pozostało wspomnienie, a o kawie migdałowej na Montmarte mogła jedynie pomarzyć. W oddali błysnął grom. Przykucnęła i objęła kolana ramionami, bo zaczęło być zimno. Ktoś zatrzasnął okno i pociemniało jej w oczach. W nagłym przypływie zdrowego rozsądku, wyjęła z kieszeni różdżkę i mając nadzieję, iż się nie rozszczepi, teleportowała się do swojego tymczasowego mieszkania.
***
Kiedy aportowała się w salonie, opadła na kolana ze zmęczenia; żołądek podszedł jej do gardła i nie zaczęła wymiotować na przesycony kurzem dywan chyba tylko dlatego, że nie miała czym. Podparła się na łokciach i chwilę wpatrywała w finezyjne kwiatki. Nie znosiła kwiatków. Podniosła się z podłogi i dokładnie sprawdziła, czy jest kompletna. Na szczęście wszystko było na swoim miejscu.
W kuchni coś wyraźnie szurnęło. Machinalnie zacisnęła palce na różdżce i wytężyła słuch, łudząc się, że usłyszy jakiś znak. Glass nie należała do osób specjalnie odważnych, wręcz przeciwnie; dlatego wolała nie pakować się w tarapaty, ale jak one przychodziły do niej do domu, to nie mogła sobie pozwolić na stratę kolejnych cennych rzeczy. Już nie tego dnia – co za dużo, to niezdrowo.
Na miękkich nogach podeszła do kuchennych drzwi i przywarła plecami do ściany. Usilnie próbowała znaleźć rozwiązanie sytuacji. Nie może dać się zabić. Jest czarownicą, do cholery! Byle włamywacz jej nie zagrozi. Wtem zdała sobie sprawę, że osobą panoszącą się w jej kuchni wcale nie musi być mugol. Dłonie nieznacznie zaczęły się trząść, a w kuchni znowu coś szurnęło. Usłyszała kroki i mimo usilnej chęci ucieczki lub ataku, nie mogła się ruszyć. Zamknęła oczy i krzyknęła, gdy wyczuła, że intruz stoi w drzwiach. Ku jej zdziwieniu, nic się nie stało. Spojrzała niepewnie na potencjalnego napastnika, ponownie krzyknęła i automatycznie uwiesiła mu się na szyi. Regulus był tym tak zdziwiony, bądź też udawał, że chwilę trwało, nim ją objął i oparł brodę o jej ramię. Pachniała szamponem, którego kiedyś oboje używali, a także jakimiś kwiatkami i… kurzem, co go zbytnio nie zdziwiło. Poczuł się jakoś dziwnie na właściwym miejscu.
- Martwiłam się o ciebie – wyszeptała w jego ramię.
- Niepotrzebnie – odpowiedział bez zbędnych emocji.
- Myślałam, że nie wrócisz.
- Zawsze wracam – powiedział, a w jego zwykłym, oschłym tonie można było wyczuć nutkę czułości.
Po tych słowach, w głowie Glass rozległa się syrena alarmowa. W momencie wypuściła go z objęć i z rozmachem uderzyła w twarz. Regulus odruchowo złapał się za czerwony policzek, ale nic nie powiedział.
- Jak mogłeś?! – wykrzyknęła. – Znowu mi to zrobiłeś! Pieprzony, arystokratyczny pępek wszechświata! Co ty sobie myślisz?! Czy ty w ogóle myślisz?! Wiesz, co ja przeżywałam?! – krzyczała, bijąc go pięścią po piersi. Nie reagował. Jego twarz była przerażająco spokojna, jedynie w kącikach ust błąkał się ironiczny uśmieszek. To ją jeszcze bardziej rozwścieczyło.
- Dlaczego mi to robisz?! Uwielbiasz mnie tak ranić, co?! Sprawia ci to przyjemność? – zapytała, osuwając się po ścianie ze zmęczenia i ukrywając twarz w dłoniach. Była wykończona i zdawała sobie sprawę, że wygląda żałośnie. Regulus przykląkł obok niej i pogłaskał ją delikatnie po głowie.
- Nie mogłem zostać. Sama widziałaś…
- Nawet nie wiem, co widziałam! Co się dzieje, do cholery? Powiesz mi wreszcie czy będziesz to dalej ciągnął?! – Podniosła głowę i spojrzała w jego oczy. W półmroku błyszczały niebezpiecznie, aż przeszył ją dreszcz.
- Nie teraz – odparł, wyciągając z kieszeni marynarki fiolkę z bordowymi tabletkami. Wysypał kilka na dłoń i podał Glass jedną.
- Co to? – zapytała, patrząc na niego nieufnie.
- Połknij. Mocno oberwałaś.
Połknęła. Potem Regulus zaniósł ją do łóżka i przykrył. Obiecał, że nie zniknie i położył się obok niej, na kołdrze. Miała nadzieję, że tym razem nie kłamał.
***
trzynasty kwietnia 1985 roku
Fusy wirowały smutno w filiżance. Glass nie lubiła pić herbaty z filiżanki, ale w tym paryskim mieszkaniu nie było zwyczajnych kubków, a wszystkie szklanki leżały brudne w zlewie bądź się rozbiły. Było zimno, bo nikt nie włączył kaloryfera, ale Glass nie chciało się wstawać. Nie chciało jej się też ubrać, więc siedziała jedynie we wczorajszej, zdecydowanie za cienkiej, sukience. Nic jej się nie chciało. Wpatrywała się tępym wzrokiem w te pływające fusy, opierając łokcie pomiędzy talerzami z wczorajszego śniadania, a tymi z przedwczorajszej kolacji. Obiecała sobie, że kiedyś posprząta.
Parkiet zaskrzypiał. Zacisnęła powieki. Po chwili do kuchni wszedł Regulus, tradycyjnie, świeży i nienagannie elegancko ubrany.
- Dzień dobry, Vessy – przywitał się, cmokając ją w czubek głowy.
- Ależ dzień dobry, Romeo od siedmiu boleści.
- Jak zwykle, czarująca – odparł, zuchwale całując ją w usta. Chciała go uderzyć, ale zrobił unik. Podszedł do szafki i zmierzył stos brudnych naczyń zdegustowanym spojrzeniem.
- Wiesz, że jesteś ostatnią świnią? – odezwała się pod nosem, obserwując jak za pomocą różdżki ogarnia bałagan panujący w pomieszczeniu.
- Ja ciebie też – odezwał się, nawet nie zaszczycając jej spojrzeniem. – Nie sądzisz, że mogłabyś tu czasem posprzątać? – rzucił mimochodem i zajrzał do lodówki. – I ktoś powinien zrobić zakupy.
- Zostaw to i przestań się zgrywać. – Wstała od stołu i z hukiem zamknęła zupełnie pustą lodówkę. – Pojawiasz się i znikasz! W co ty ze mną pogrywasz?! Myślisz, że przyjdziesz, kiedy zechcesz, a ja zatańczę tak, jak zagrasz?! Tak?! To się grubo mylisz!
- Vessy, Vessy… Porozmawiamy, wyjaśnię ci, ale nie teraz, jestem głodny. Zrozum, proszę – odpowiedział, gładząc ją po policzku. Glass odnotowała, iż miał nienaturalnie zimne i gładkie dłonie.
- Nie! Nie zrozumiem! Pojawisz się, niewiadomo skąd i… I nawet nie zapytasz, czy nic mi nie jest! Po co tu przyjechałeś? Nienawidzisz Paryża!
- Zależy mi na tobie, wiesz przecież… – Objął ją i pogłaskał po rozczochranej głowie. – Usiądź.
Usiadła. Poczekała aż zajmie miejsce naprzeciwko niej i wbiła w niego wyczekujące spojrzenie, postanawiając, że tym razem mu nie odpuści.

XIII

31 komentarzy

Wychodząc tamtego dnia z rodzinnej rezydencji, czuła, że powinna tak postąpić od razu po zabraniu Mandy z mieszkania Holly. Niepotrzebnie zwlekała i kombinowała. Od początku było oczywiste, że Glass zwyczajnie na matkę się nie nadaje, aczkolwiek niejednokrotnie wyrzucała sobie, że zostawiła Amandę na pastwę Larissy. Właściwie zaraz po powrocie z Thirlestane, zdała sobie sprawę z tego, że rzeczą niemożliwą jest, by mała uniknęła wpływu babki. I nie uległa jej presji.
Usprawiedliwiała się, wmawiając sobie, że oddała Amandę w dobre ręce. Pod opiekę Malcolma. I Samanthy. Jednak tę drugą opcję pomijała za każdym razem, gdy rozpamiętywała wydarzenia z grudnia. Właściwie w pewnym momencie zupełnie wykreśliła możliwość przynależności Sammy do rodziny MacGregorów. Tak było znacznie przyjemniej.
Za każdym razem, gdy zaczynała sobie wyrzucać złamanie obietnicy danej siostrze, broniła się brakiem odpowiedzialności – za siebie, a co dopiero za dziecko – i doświadczenia. Ponadto, naprawdę, na początku naiwnie wierzyła, że Malcolm podoła zadaniu. Po pewnym czasie jednak, doszła do wniosku, że jej ukochany braciszek zwyczajnie nie chce sobie dać rady. Ileż ona się nadenerwowała, naprzeklinała i Merlin wie, ile razy miała ochotę zaavadować tego niedojrzałego gumochłona! Zawiódł jej zaufanie i zwyczajnie z niej zadrwił, narażając tym samym na niepotrzebny stres.
Glass była święcie przekonana, iż zrobił to z czystą premedytacją, jedynie po to, by zrobić jej na złość. Bo przecież jako ojciec trójki dzieci powinien wiedzieć, jak postępować z czterolatką!
Ta postawa bardzo Glass odpowiadała.
***
dwunasty kwietnia 1985 roku
Spojrzała na tłum turystów, przepychających się w stronę wejścia na wieżę Eiffla i wydęła pomalowane krwistoczerwoną szminką usta w pogardliwym grymasie. Od zawsze czuła odrazę do tłumów i wszelkiej komercji. Dlatego też, mimo iż mieszkała w Paryżu już cztery miesiące, ani razu nie była na tarasie widokowym tego przereklamowanego – w jej mniemaniu – symbolu Francji. Poprawiła opadający na lewą stronę beret i nerwowym krokiem podeszła do stojącej nieopodal budki telefonicznej. Wrzuciwszy do automatu kilka drobnych franków, przyłożyła plastikową słuchawkę do ucha. Wtem pojawił się mały problem:
Trzymać słuchawkę, wybierać numer, czy też pilnować torby?
Przygryzła wargę i prychnęła, wytrącona z równowagi. Po chwili słuchawka znajdowała się pomiędzy jej ramieniem a policzkiem, jedna dłoń była zaciśnięta na pasku torby, a druga delikatnie, by nie uszkodzić świeżo pomalowanych na czerwono paznokci, wystukiwała numer telefonu. Po tym jakże skomplikowanym manewrze, dziewczyna odetchnęła, przyłożyła słuchawkę do ucha i z ulgą oparła się plecami o automat. Spojrzała przed siebie i po chwili, zdegustowana, odwróciła głowę od grupy młodzieży, będącej zapewne na wycieczce szkolnej.
Odgarnęła włosy z czoła niedbałym ruchem dłoni – słuchawka ponownie znalazła się pomiędzy policzkiem a ramieniem – i poprawiła zsuwającą się torbę. Zdawała sobie sprawę, że zwraca uwagę, i tych żenujących nastolatków zajadających się chrupkami, i miejscowych Francuzów. Nie na co dzień widuje się zdecydowanie zbyt chudą blondynę z finezyjnym supłem na głowie, do połowy przykrytym czerwonym beretem; odzianą w dokładnie zapięty, granatowy prochowiec, spod którego wystawały nogawki ciemnoczerwonych legginsów. Ponadto Glass zamiast najmodniejszych w sezonie martensów, założyła czarne szpilki odsłaniające pomalowane na ciemnoczerwono paznokcie u stóp. Stanowiło to prawdziwą anomalię, nie tylko ze względu na przestarzały styl owych butów, lecz także, a raczej przede wszystkim, na to, że mało kto nosi obuwie tego typu w kwietniu, który wcale na kwiecień nie wyglądał. Nawet w Paryżu. Panna MacGregor oczywiście była tego w pełni świadoma i sama nie wiedziała, dlaczego sprawiało jej to dziką satysfakcję i przyjemność. Miała wrażenie, iż jest ważniejsza i doroślejsza. W środku pseudo wiosny w tych cholernych butach czuła się po prostu pewniej i bardziej sobą. Przynajmniej wśród tych mugoli.
***
Tak między Merlinem a prawdą, Glass nigdy nie lubiła Paryża. Kojarzył jej się z przesadnie eksponowanymi uczuciami, romantyzmem i pseudo don Juanami, którzy byli przeświadczeni, iż dzięki swoim „rhhhy” zdołają podbić serce każdej kobiety. A Glass już dawno postanowiła, że swojego nie da podbić nikomu. A już zwłaszcza żadnemu żabojadowi.
Zdecydowała wcielić się w rolę stałej w uczuciach, cierpiącej i porzuconej niewiasty, wiernej aż do śmierci swemu ukochanemu, o zdecydowanie czarnym charakterze. Ale która kobieta jest w stanie oprzeć się tym ciemnym typom? Przeuroczym ciemnym typom. Glass z pewnością tego nie potrafiła i wprawiało ją to w nastrój jak najbardziej romantyczny. A patos całej tej wzniosłej deklaracji wnosił do jej życia ukochany dramatyzm.
***
Oczekując na połączenie, rytmicznie stukała obcasem o brukowaną uliczkę. Naprawdę zaczynała się denerwować. Bynajmniej nie przez to, że temu padalcowi mogło się coś stać. Była umówiona na kawę migdałową na Montmarte, a stojąc wśród tej zgrai mugoli, niepotrzebnie traciła czas.
Czekała tam już pół godziny i stopy zaczynały jej bardzo marznąć. To on powinien na nią czekać. W żadnym wypadku odwrotnie. I tak sama spóźniła się piętnaście minut, ot dla zasady.
Odbierz, na Merlina!

Salut, c’est Jean Pierre. Je suis désolé, mais maintenant je ne peux pas prendre l’écouteur. Appelez plus tard ou enregistrez-vous après le signal – je vous telephonerai peut-être.*
Piiiim.

- A niech cię sklątka! – syknęła do telefonu i tupnęła ze złości.
Posyłała przechodzącemu obok facetowi groźne spojrzenie, gdyż ten zerkał na nią z wyraźnym zainteresowaniem. Było to doprawdy zabawne, zwłaszcza, iż panna MacGregor nie wyglądała na osobę, która w jakikolwiek sposób mogłaby komukolwiek zagrozić.
Odprowadziła natręta – jak go w myślach nazwała – wzrokiem i z furią trzasnęła słuchawką o automat.
Jakże ona tego nie znosiła. Jakby odebranie jednego, pieprzonego telefonu było wielkim problemem!
Wyminęła grupę turystów i skierowała się w stronę najbliższej stacji metra. Nie miała zamiaru spędzić na tych cholernych Polach Elizejskich całego weekendu.
- Obślizgły gumochłon. Niech go zbłąkana Avada trzaśnie – mruczała pod nosem, zbiegając po betonowych schodach. W pewnym momencie, obcas jednego z butów, utknął w ubytku stopnia, a dziewczyna – bynajmniej nie z gracją – zleciała wprost pod nogi starszej kobiety, która momentalnie rzuciła się, by pomóc jej wstać.
- Nic pani nie jest? – zapytała nieznajoma po angielsku, próbując podnieść blondynkę. Bez specjalnego efektu zresztą.
- Jak to dobrze, że wyglądam na przyjezdną… – przemknęło jej przez myśl i zaraz w duchu podziękowała, że nie ma twarzy francuskiego pudelka.
- Nie, nie. Dziękuję… – odpowiedziała poszkodowana, zastanawiając się chwilę, co się właściwie stało. Spojrzała na swoje stopy i zaklęła szpetnie. Felerny obcas zniknął.
Cholerni Francuzi nawet schodów nie potrafią zrobić jak należy!
***
Dlaczego więc, za każdym razem, gdy Glass czuła potrzebę zniknięcia z Londynu, lądowała w znienawidzonej stolicy Francji? Sama zadawała sobie to pytanie, za każdym razem obiecując sobie, że nigdy więcej tam nie wróci. To, że panienka MacGregor nie zaliczała się do grupy ludzi słownych, nie jest żadną nowością, ale próżno było od niej wymagać również jakiejkolwiek konsekwencji.
***
Gdy starsza kobieta opowiedziała młodej Angielce już połowę historii swojego życia, z uwzględnieniem dwóch rozwodów i sześciu zdrad, czy ze strony małżonka czy też owej kobiety, Glass pojęcia bladego nie miała, panna MacGregor burknęła pod nosem podziękowania za okazaną pomoc i udała się w stronę najbliższej publicznej toalety. To była kolejna z rzeczy, które napawały ją żywym obrzydzeniem, jednak paradoksalnie, niesympatyczna babcia klozetowa i wszechobecny, ostry zapach amoniaku, mobilizowały ją do tego stopnia, że przestawała się nad sobą użalać i narzekać.
Wstała i utykając z powodu brakującego obcasa, skierowała się w stronę odległej o około pięćdziesiąt metrów toalety. Jak tylko znikła z pola widzenia podwójnej rozwódki, zasłonięta przez betonowe filary podtrzymujące strop, znieruchomiała, czując nagłe dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Po chwili runęła na brudną posadzkę, tracąc przytomność i swoją torbę.

*Cześć, tu Jean Pierre. Niestety nie mogę teraz odebrać telefonu. Zadzwoń później lub nagraj się po sygnale, wtedy oddzwonię.
Za tłumaczenie dziękuję Sirocco :)

XII

26 komentarzy

drugi grudnia 1984 roku
- Ciociu! – Dziecięcy głos gwałtownie wtargnął do świadomości śpiącej kobiety. Prawie wyskoczyła z łóżka, potykając się o zrzuconą poduszkę. Niewiele myśląc, zbiegła boso po drewnianych stopniach na dół i nerwowo rozejrzała się po pomieszczeniu.
- Mandy?! – krzyknęła przerażonym głosem.
- Ciociu! – Dziewczynka wybiegła z salonu z ulgą wymalowaną na niewinnej twarzyczce i przylgnęła do nogi ciotki. – Tam KTOŚ jest – wyszeptała i wskazała rączką w stronę dużego pokoju.
Glass nagle oprzytomniała, zesztywniała i ze strachem wypisanym na twarzy udała się w stronę „kogoś”, kto przestraszył Amandę. Odwróciła się jeszcze i nakazała dziewczynce zostać przy schodach. Nawet niedokładny obserwator zauważyłby, że małej nie trzeba było specjalnie przekonywać. Glavessy niepewnie weszła do swojego ulubionego pokoju i rozejrzała się raptownie dookoła, w oczekiwaniu na jakikolwiek atak. Nie dostrzegłszy nikogo ani niczego, co ją samą by przeraziło te kilkanaście lat temu, zawołała dziecko. Nim Mandy pojawiła się w salonie, spojrzenie blondynki natrafiło na obszerny kominek, w którym widoczna była głowa zdenerwowanej Leanne Shirley.
- Merlinie! – wykrzyknęła Glass, łapiąc się za serce i jednocześnie przeklinając przyjaciółkę.
- Także miło mi cię widzieć – syknęła, zaciskając wargi.
- Lea, nawet nie wiesz… Co ty tu właściwie robisz? – zapytała, gestem nakazując Amandzie, która już stała w progu pokoju i przysłuchiwała się rozmowie kobiet, by weszła.
- Chcę się dowiedzieć, dlaczego, do jasnego gumochłona, nie jesteś w pracy! – krzyknęła tak głośno, że oczy Mandy rozszerzyły się z przerażenia.
- Merlinie… – Glass spojrzała na zegar znajdujący się na kominku i zakryła usta lewą dłonią, uświadamiając sobie, co stało się rano i prawie wybuchła płaczem.
- Nawet Merlin ci teraz nie pomoże! Jiggers już postanowił, że wylatujesz, skarbie – oświadczyła z satysfakcją, która po chwili znikła z jej twarzy. Glass usiadła na przybrudzonym, beżowym dywanie i oparła czoło o kolana, co chwila pociągając nosem.
- Ciociu, czemu płaczesz? – dociekała Amanda, kładąc Glass rękę na ramieniu.
- Ej, skarbie… Spróbuję z nim pogadać… Może nie będzie aż taki stanowczy. Przecież wiesz, że tak naprawdę ma usposobienie pufka – przypomniała, nieco zdezorientowana reakcją przyjaciółki. – Skarbie, co się stało? Mam wpaść… cała? – zapytała, robiąc minę spaniela.
Blondynka pokręciła przecząco głową. Bo co niby miała jej powiedzieć? Że narzeczony właśnie zniknął z jej życia, zaraz po tym jak wstał z martwych? Że nie nadaje się na opiekunkę czteroletniej dziewczynki, której matka wylądowała w Azkabanie? Że tą matką jest jej własna siostra? Że nie była na wczorajszym rodzinnym obiedzie, bo miała ochotę na seks z owym narzeczonym, o którym nie wiedziała nawet, czy nadal nim był; czy może to, że zostanie wydziedziczona? A teraz jeszcze straciła pracę. W sumie to nic się nie stało.
- Słuchaj, skarbie, wezmę twoją zmianę i pogadam z Jiggersem. Wszystko się ułoży, nie łam różdżki. – Posłała jej pokrzepiający uśmiech, którego Glass nie zobaczyła, gdyż wpatrywała się w dywan pod swymi kolanami.
- Dzięki… jesteś kochana – wydukała, pociągając nosem po „dzięki”.
- To ty jesteś kochana, skarbie! Mam zabrać gdzieś Mandy? – zapytała jeszcze. – Jak chcesz zostać sama to…
- Nie chcęęę… – wyjęczała Amanda, robiąc brzydki grymas.
- Nie, nie. Wszystko jest w porządku. Poradzę sobie – zapewniła, posyłając Leanne nikły uśmiech. – Nie martw się o mnie – dodała jeszcze łamiącym się głosem.
- Skarbie… – zaczęła miękkim tonem i zmarszczyła brwi. – Już, kończę! – warknęła za siebie. – Jakieś babsko stoi za mną i zrzędzi – wytłumaczyła. – Muszę kończyć. Trzymaj się, skarbie!
- Pa – mruknęła w stronę pustego kominka, bezmyślnie wpatrując się w szary popiół. Usilnie starała sobie przypomnieć, od kiedy jest podłączona do sieci Fiuu – na próżno.
***
Kawalerskie mieszkania zazwyczaj bywają miejscami niezwykle intrygującymi. Można się tam doszukać wielu przedmiotów niewiadomego pochodzenia bądź też obiektów, których nazwy nie można dokładnie określić. Takie też było mieszkanie Charliego Hendersa, dopóki nie wprowadziła się tam kobieta. Od tamtego czasu, znalezione w dziwnych miejscach przedmioty można było od razu rozpoznać, gdyż przeważnie były to tabletki chromu bądź rozmiękłe szminki, które stanowiły połowę zawartości lodówki.
Zdecydowana większość mężczyzn, gdy jest głodna, jest również nie do zniesienia i ma zły humor, co daje ostentacyjnie do zrozumienia. Charles natomiast nie potrafił normalnie funkcjonować bez porannego, zimnego, prysznica. Zazwyczaj ów „rytuał” sprawiał, że tryskał optymizmem i wrodzoną złośliwością, ale od czterech dni jego zwyczaj go zawodził. Gdyby Charles nie był hipokrytą, obwiniałby siebie samego za swoje złe samopoczucie, ale nim był, więc winą obarczał Glavessy MacGregor.
- Charles! – usłyszał i zakręcił kurek z zimną wodą.
- Co mówiłaś?! – krzyknął, wychylając się zza plastikowej zasłonki.
- Żebyś się pospieszył, bo inaczej spóźnisz się do pracy! – powtórzyła niska dziewczyna o czarnych włosach, która właśnie weszła do ciasnej łazienki. W niebieskich oczach igrały iskierki, a w policzkach miała małe dołeczki. Ogólnie sprawiała wrażenie niezwykle sympatycznej i można ją było określić mianem słodkiej.
- Okej, już wychodzę. Podaj mi ręcznik – poprosił, na co dziewczyna roześmiała się dźwięcznie.
- Daruj sobie, nie patrzę – parsknęła, stojąc na palcach i zerkając w lustro, by włożyć parę srebrnych kolczyków.
Charles szybko wyszedł z łazienki, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu swoich rzeczy.
- Chloe, gdzie moje ubranie? – krzyknął w stronę współlokatorki.
- Tam gdzie zawsze… – odpowiedziała, nakładając na rzęsy tusz. – …w szafie – dodała pod nosem, uśmiechając się do swojego odbicia w lustrze. Miała dwadzieścia jeden lat i pracowała jako kasjerka w supermarkecie. Może nie był to szczyt ambicji panny Weisberger, ale sprawiało jej to ogromną frajdę i nie wymagało wielkiego wysiłku. I jeszcze mogła mieszkać z Charlesem, nie płacąc czynszu. Wreszcie nie musiała słuchać nakazów rodziców, by się ustatkowała. I nieważne, że tak naprawę wcale nie była narzeczoną Charliego – o czym Weisbergerowie byli notorycznie zapewniani – bo współgrali idealnie. Ona prasowała (niedokładnie, ale zawsze) jego koszule i od czasu do czasu sprzątała mieszkanie, on pilnował, by nie paliła przed śniadaniem i zanosiła ich ciuchy do pralni.
Może kiedyś Chloe łudziła się, iż zostanie panią Henders, ale po pewnym czasie stało się dla niej jasne, że ten facet nie nadaje się na męża i nigdy nim nie zostanie. Teraz Chloe jedynie musiała tłumaczyć mamie i tacie, że życie na „kocią łapę” nie jest spowodowane chęcią upokorzenia rodziców.
- Wychodzę! Idę jeszcze do Joe, zobaczymy się wieczorem! – oznajmił i po chwili trzasnęły za nim drzwi.
Chloe lubiła Joego, ale, niestety, bez wzajemności. Nigdy nie wiedziała, czemu ten facet darzy ją taką niechęcią. Przecież to on poznał z nią Charliego. Może i nie miał w zamyśle swatania ich, ale Chloe uważała, że nie zrobił tego „od tak sobie”. Uśmiechnęła się na wspomnienie tego wieczoru, kiedy to siedziała w barze Joego i nagle wpadł tam pijany, młody mężczyzna, żądając butelki wódki. Bełkotał coś o swojej ślepocie, niewiernych kobietach i po prostu użalał się nad sobą. Paradoksalnie, wydał się jej wtedy tak słodki i bezbronny, że chciała uściskać Joe, gdy ten przedstawił ją Charlesowi.
Chloe często zastanawiała się, jak to się stało, że wylądowała tamtej nocy w łóżku Charliego, ale jeszcze częściej rozmyślała nad tym, dlaczego zostali razem. I za każdym razem pomijała możliwość, jakoby była dla Hendersa pocieszeniem.
***
trzeci grudnia 1984 roku
Wizyty w domu zawsze przyprawiały Glass o mdłości i ból brzucha, ale jeszcze nigdy nie bała się tak jak wtedy, gdy musiała zabrać tam Amandę. I nigdy wcześniej wizyta w domu nie była poprzedzona nagłym odejściem Regulusa. Z wyjątkiem tej w grudniu 1981 roku, ale wtedy Glass wróciła do Thirlestane z powodu załamania, rozpaczy i miała nadzieję, iż rodzina ją wesprze – złudną, rzecz jasna. Gdy pojawiła się w rodzinnej posiadłości, wyglądała tragicznie i nie dało się tego ukryć. Miała zapuchnięte od płaczu oczy, przetłuszczone włosy, ubrana była w za duży sweter pana McQueena, który miała oddać do pralni, ale był kaszmirowy i niechcący został w jej i Regulusa mieszkaniu, oraz w zielone legginsy, które zdążyły się rozedrzeć na łydce. Jedyną osobą w domu, która nie kazała jej się doprowadzić do przyzwoitego stanu, jak tylko ją zobaczyła, była skrzatka Grubcia.
Teraz Glass stała we własnym mieszkaniu i czekała aż Mandy umyje zęby, by aportować się z nią do Thirlestane. Właśnie sobie przypomniała, że powinna dać matce jakikolwiek znak, że się zjawi oraz to, że rodzice nie wysłali do niej listu z dopytywaniem o powód jej nieobecności na niedzielnym obiedzie. Zmarszczyła brwi w zamyśleniu i potarła oczy rękawem granatowego, drapiącego swetra. Glass miała plan, a wyglądał on tak: szybko oddać Amandę w ręce Malcolma i, unikając matki, szybko teleportować się z powrotem do mieszkania, gdzie miała zamiar zapłakać się na śmierć. Niestety, Glavessy MacGregor nie była dobrym strategiem.
***
Amanda nigdy wcześniej nie widziała takiego budynku na własne oczy. Tyle było do oglądania, że nie wiedziała, na co patrzeć najpierw. Już ogromny hol, do którego wpuścił je, kurtuazyjnie się kłaniając, Kantek, zachwycił dziewczynkę. Naprzeciwko drzwi stał szezlong, a obok niego drewniany stolik, na którym znajdował się wysoki, granatowy wazon z bukietem świeżych kwiatów, a pośrodku sufitu zwisał kryształowy żyrandol – taki sam jak w jadalni. Glass uśmiechnęła się ironicznie na ten widok, gdyż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby nie skrzaty, wbrew temu co twierdziła jej matka, w tym domu nie znajdowałaby się żadna żywa roślina.
- Dziękuję, Kantku, możesz odejść – poleciła, zwracając się do skrzata, który skłonił się w pół i odszedł z dumnie uniesioną głową. – Chodź, znajdziemy babcię – powiedziała do Amandy i spróbowała uśmiechnąć się zachęcająco.
Tak naprawdę, Glass jak najbardziej chciała odwlec chwilę, w której będzie musiała spotkać matkę, a najchętniej – w ogóle tego uniknąć. Jedynym pomieszczeniem, które Glavessy w Thirlestane lubiła – zwłaszcza ze względu na małą możliwość spotkania w nim matki – była bawialnia i właśnie tam skierowała swoje kroki. Gdy tylko przekroczyła próg pomieszczenia, wydało jej się, że weszła w sam środek galopującego stada słoni. Musiała przyznać, że pomysł ojca, by wyciszyć na stałe ten pokój okazał się doprawdy genialny. Po chwili, gdy owe słonie, w liczbie trzech, zdały sobie sprawę z obecności gościa, rzuciły się w stronę blondynki.
- Glass przyjechała! Ciocia Glass! – krzyczał ośmioletni chłopiec, mający na głowie czapkę zrobioną z „Proroka Codziennego”.
- Zostaniesz? Zostań, proszę! Zo-stań! Zo-stań! – prosił czterolatek cały umazany kolorowymi farbami, którego już trzymała na rękach.
- Naprawdę wróciłaś? – zapytała mała dziewczynka o bezzębnym uśmiechu, odziana w szatę koloru wściekłego różu.
Przez tę krótką chwilę Glass chciała zostać w tej bawialni i nigdy stamtąd nie wychodzić. Ale tylko przez chwilę, gdyż zaraz zdała sobie sprawę, że w pokoju znajduje się ktoś jeszcze. Postawiła bratanka na podłodze, ku jego wielkiemu niezadowoleniu i wyciągnęła rękę w stronę przestraszonej i zdezorientowanej Amandy.
- Dzień dobry, mamo – przywitała się.
- Dlaczego nie było cię na niedzielnym obiedzie? – zapytała Larissa, siadając przy fortepianie i zakładając nogę na nogę. – Och… Amando, kochanie, chodź i przywitaj się z babcią! – zwróciła się do Mandy, zmieniając ton na taki, który zdawał się ociekać słodyczą. Dziewczynka niepewnie spojrzała na Glass, która skinęła głową, i podeszła uściskać babkę. Trójka „słoni” wybiegła z pomieszczenia, by zapewne obwieścić reszcie domowników, iż zjawiła się najmłodsza córka pani domu.
- Jak ci się podoba u babci, kochanie? – zapytała przymilnie Larissa, sadzając Amandę obok siebie. Dziewczynka spojrzała na nią z zaciekawieniem i nieufnością, po czym uśmiechnęła się szeroko.
- A podoba – odpowiedziała z rozbrajającą oryginalnością. Glass z frustracją zauważyła, iż gdyby to ona odpowiedziała w ten sposób na takie pytanie, bez wątpienia zostałaby ukarana. Ale odpowiedź Amandy wywołała u Larissy szczery śmiech, który to z kolei wywołał śmiech samej Amandy.
- Mamo… – Larissa posłała córce karcące spojrzenie.
- Grubciu! – krzyknęła w stronę drzwi, nie spuszczając wzroku z Glass, która powoli zaczynała odczuwać narastający ból brzucha. Po chwili do pomieszczenia przydreptała skrzatka mająca na sobie udrapowaną, granatową serwetę.
- Tak, madame? – Skłoniła się przed Larissą.
- Zabierz Amandę do dzieci, niech się pobawią. – poleciła, uśmiechając się słodko do dziewczynki.
- Tak, madame.
- I dopilnuj, by nic się jej nie stało! – dodała groźnym tonem.
- Oczywiście, madame.
Larissa obserwowała z uśmiechem na twarzy, jak Amanda opuszcza bawialnię wraz ze skrzatką, po czym spojrzała gniewnie w stronę córki. Mimo usilnych starań, Glass nie mogła doszukać się w mimice matki niczego co można by określić mianem uśmiechu.
- Doczekam się wreszcie odpowiedzi?! – warknęła, wygładzając elegancką szatę.
- Ale… na co? – zapytała dziewczyna, nerwowo skubiąc skórkę kciuka.
- Dlaczego nie było cię na niedzielnym obiedzie?! – wykrzyknęła Larissa, wstając i po chwili ponownie siadając. – Długo mam czekać?!
- Nie mogłam, zapomniałam… Przepraszam… – odpowiedziała, czując, że jeżeli zaraz nie wyjdzie z tego pomieszczenia, które zdawało się kurczyć odkąd zdała sobie sprawę z obecności w nim matki, zaraz zwymiotuje.
- Uważaj, bo ja z pewnością nie zapomnę wykreślić twojego imienia z testamentu! Powinnaś się wstydzić! I tak moje krzyki nic nie dadzą! Ojciec cię rozwydrzył i teraz ja to muszę znosić! – Zrobiła przerwę, by powachlować się dłonią i posłać córce kilka zniesmaczonych spojrzeń. – A co tym razem narozrabiałaś, że przypomniało ci się o rodzinie?! – Nie doczekawszy się odpowiedzi, Larissa kontynuowała swój wywód. – Czyżby twój kolejny narzeczony został zamordowany?! A może postanowiłaś się ponownie przeprowadzić i nie masz co zrobić z psem?! Stój prosto, gdy do ciebie mówię, na miłościwego Merlina! – zagrzmiała, na co Glass automatycznie ściągnęła ze sobą łopatki i uniosła podbródek.
- Przepraszam… – powtórzyła łamiącym się głosem i zakrywszy usta dłonią, wybiegła, kierując się prosto do najbliższej toalety.


  • RSS